Kinetoscop

Kinetoskop

Kinetoskop – recenzje, artykuły filmowe

Kanał RSS

Skłóceni z życiem (John Huston, 1961)

Skłóceni z życiem / The Misfits (John Huston, 1961) Przypomina mi się to, co nalegał mój polski nauczyciel: „Nie identyfikuj autora …

Obywatel Kane / Obywatel Kane (Orson Welles, 1941)

Obywatel Kane / Obywatel Kane (Orson Welles, 1941) Obywatel Kane jest przez wielu krytyków uważany za jeden z najlepiej nakręconych filmów w Ameryce. …

Siódma pieczęć / Det sjunde inseglet (Ingmar Bergman, 1957)

Siódma pieczęć / Det sjunde inseglet (Ingmar Bergman, 1957) Zaczynając od wersetu z Apokalipsy św. Jana („A kiedy Baranek otworzył siódmą pieczęć, było …

Zdjęcie profilowe Michała Vorbrodta Film jest moim hobby. Nigdy nie przyznaję się do tego, kiedy spotykam nowych ludzi, ponieważ zawsze pojawia się pytanie: „Och, widziałeś to? Oczywiście, że nie.” I to? „Nie.” Czy znasz takiego a takiego reżysera? ”Trzecia negatywna odpowiedź brzmi: a potem niezręczna cisza. Stąd ten blog. Tutaj mogę mówić tylko o tym, co wiem i nic więcej. Często chodzę do kina i uczestniczę w lokalnych imprezach filmowych, ale nie czuję się częścią kinomaniaków. Nie mam telewizora i nie przeszkadza mi to. Oglądam filmy, czytam o filmach i rozmawiam o filmach. Dużo. Stąd ten blog. Mieć gdzie mieszkać i łatwiej byłoby mi znieść. O filmie trzeba się spierać, bo nic lepszego nie daje szerszej perspektywy, stąd ten blog, zachęcam do dyskusji, a oboje wyjdziemy mądrzejsi.

Śledź na Twitterze Google+ Wszystkie wpisy Strona internetowa

Tagi

Henry Koster Jan Komasa Jason Statham John Guillermin John Patrick Shanley Lucille Ball Neil Burger O potworach i ludziach Ostatni salut dla wojownika Pani Bovary to ja Panos Cosmatos Pogrzeb w Berlinie Pogoda Richard Curtis Lone Wolf McQuade Upadek Cesarstwa Rzymskiego

Dodano: 19 lutego 2015 Michał Vorbrodt Alan Clarke, Dramat, Believer, Film 1980-1989, Film 1990-1999, Film 2000-2009, Geoffrey Wright, Hanro Smitsman, Henry Bean, Cinema, American, Cinema, Australian, British Cinema, Kino, holenderski, wyprodukowano w Wielkiej Brytanii, Romper Stomper, Shane Meadows, Skin, This is England, Tony Kaye, the Prisoner of Hate

Zmniejsz rozmiar czcionki Zwiększ rozmiar czcionki Rozmiar tekstu Drukuj Wyślij e-mailem

Dziś zwierzę. Uwielbiam filmy skinheadów. Nie ma to absolutnie nic wspólnego z lubieniem lub nielubieniem samej subkultury. Nauczyłem się nie stygmatyzować, bo piłem wódkę w takim towarzystwie i okazali się bardzo miłymi ludźmi, z tylko małym nieładem w głowach. Uważam, że ten temat jest bardzo wdzięczny filmowi. Przede wszystkim jest to temat trudny, często zaangażowany społecznie, a kino to uwielbia. Postacie silnie wyraziste, po co innego. Nieunikniony konflikt, który dla dramatu jest sprawą bardzo plastyczną. I wreszcie dobra ścieżka dźwiękowa, czy to reggae, czy punk.

Oczywiście z naszej, głównie zewnętrznej, perspektywy jest to film o czymś nieznanym, bo znajomość artykułu w Wikipedii się nie liczy. Każdy film pokaże nam kawałek tego świata. Ale ile trzeba obserwować, aby zrozumieć skórę? Wyraźnie dążą do humanizacji skinheadów – aby pokazać swoje ciepłe serca spragnione przyjaźni i miłości lub wcale nie złych intencji. Albo usprawiedliwiają swoje działania. Ale czy w ogóle musisz coś rozumieć? Film jak każdy inny, tylko mocniej dociera do nas niż dokumenty o suszy w Afryce, ponieważ jest bardziej aktualny w europejskiej rzeczywistości. Niestety reżyserzy nie potrafią porzucić tonu moralizatora i zostają uwięzieni w kolejnych ostrzeżeniach.

Tak czy inaczej, często z bezpiecznej perspektywy nie opowiadania się po żadnej ze stron. Te filmy to eseje o subkulturze. Lubisz ich, rozumiesz, boisz się lub nienawidzisz? Wolność wyboru, oparta na przedstawionych argumentach, taka łaskawa. Ja też zrobię esej szkolny: czy poniższe filmy próbują przekonać widza, przekonać go do wyrażenia opinii? A jak ogólny nastrój filmu pasuje do tematu? Ponieważ nie zamierzam udawać, że nie rozumiemy, co jest na ekranie. W każdym z nas jest trochę buntu, a skinhead dzięki niemu żyje.

  1. Made in Britain (Wielka Brytania 1982) – reż. Alan Clarke

Made In Britain (Wielka Brytania 1982) – reżyseria Alan Clarke

Tim Roth

Zaczynamy od prawdziwego hitu, który jest jednym z najlepszych filmów na liście. Sam film też się zaczyna mocno – prawdopodobnie ma jeden z najlepszych napisów początkowych wszechczasów, który zapowiada tempo i charakter całego filmu.

Opowiada on historię… Bla, bla, to nie jest ważne. Postawa i sytuacja głównego bohatera odzwierciedla nie tylko subkulturę skinheadów, ale także problemy pedagogiczne tzw. Trudnej młodzieży. Bezradność personelu doskonale ilustrują sceny z odosobnienia. Nie tylko nie są w stanie okiełznać temperamentu dzikiego zwierzęcia takiego jak Trevor, ale są po prostu przez niego rozmowni. Wykazuje inteligencję niespotykaną u młodych recydywistów, co sprawia, że ​​są defensywni. Atak jest najlepszą obroną, więc szybko powstaje konflikt, z którego Trevor czerpie energię jak krew wampira, a działacze społeczni narastają we frustracji. Dopiero gdy przyjeżdża profesjonalista, stawiając młodzieńcowi apodyktyczne ultimatum, dociera do niego ze swoją obojętnością i sensowną perspektywą na przyszłość.

Przerażające jest to, że film tak naprawdę pyta „czego w ogóle chcesz?”, A co jest satysfakcjonujące – to odpowiedź. Ale ona do niczego nie prowadzi. Czuję w sobie łzę. Jednocześnie szkoda mi Trevora, bo brakowało mu chęci i czasu, a może jego inteligencja byłaby bardziej przydatna niż wąchanie kleju i wybijanie szyb. Z drugiej strony krzyczę: „co masz na myśli, człowieku, weź się w garść”. Oglądając tak agresywny film, łatwo daje się ponieść emocjom.

Ma on charakter społecznie zaangażowany, więc nie może być tak moralizujący, jak i oceniający. Możesz mu wybaczyć, bo miał taki być od początku, na co wskazuje seria, do której należy. Również dlatego, że nie ma tu szczęśliwego zakończenia i nie jest on nachalny w tej formie, której najbardziej się obawiałem.

Film nie zwalnia, nie nudzi się. Zaledwie 72 minuty skondensowanego wandalizmu i aktywnego oporu w formie telewizyjnej to idealne środowisko dla Tima Rotha do stworzenia absolutnego występu. Kamera jest do niego przywiązana w każdej scenie i ani na chwilę nie traci wiarygodności. Człowiek jest gotowy pomyśleć, że gra samego siebie, działając poza szarą rzeczywistością. Debiut, jak wygląda.

  1. Romper Stomper (Australia 1992) – reż. Geoffrey Wright

Russell Crowe

Russell Crowe

Nie wiem od kogo, nie wiem dlaczego, ale obejrzałem ten film z polecenia. Nie zawiodłem się. Podoba mi się nonszalancki charakter Russella Crowe, więc gratuluję od razu castingu, wykonał świetną robotę. Ponadto tą rolą otworzył bramy Hollywood. Z międzykontynentalnego kopa.

Oglądałem to dużo czasu temu, ale pamiętam wrażenia z hierarchicznej struktury w grupie skinheadów z Melbourne. Patrzą na swojego przywódcę jak na Mesjasza. Nic dziwnego – ma głowę na karku. Kiedy inni nie są przekonani, on jest ich siłą napędową. Neonazista z krwi i kości, ponieważ spełnia wszystkie stereotypowe wymagania tego imienia: recytuje z pamięci Mein Kampf, jest całkowicie wytatuowany i ma nad łóżkiem flagę ze swastyką. Jednak Crowe nie pozwala, aby jego rola wyglądała na infantylną. Wszyscy znają kultowy film wciąż z jego nienawistnym spojrzeniem.

Historia jest najlepszym przykładem na to, że zło wyrządzone innym może wrócić do ciebie z większą siłą. Reżyser czuł się zobowiązany do wyznaczenia linii oddzielającej świat rzeczywisty, niesprawiedliwy od świata filmowego, w którym wszystko kończy się tak, jak powinno. Nie będę go nazywał mięczakiem, bo zrobił dobry film, a zakończenie, choć nierealistycznie uczciwe, ma dramat, który rzadko się ogląda. Idź zobaczyć, osądź sam.

  1. Więzień nienawiści (Stany Zjednoczone 1998) – reż. Tony Kaye

Więzień nienawiści (Stany Zjednoczone 1998) – reżyser Tony Kaye

Edward Norton

Kto widział palec do budki? Budka zamknęła się, a reszta pokazała duży środkowy palec. Ale potem zrobiło jej się żal jej zachowania, bardzo tego żałowała. Uczyła innych, że nie jest dobrze zachowywać się w taki sposób, aby szanować bliźniego, nawet czarnego. Tak jak bohater filmu. Zagorzały neonazista brzydko radzi sobie z czarnymi włamywaczami, za co trafia do więzienia. Tam dostaje kopa w tyłek i nie tylko. Co uczy go pokory i szacunku dla każdego chodzącego i oddychającego stworzenia. Ale jego brat nie poszedł w jego ślady, nadal rozbija się z łysą czaszką i ciężkimi butami. Mamy kęs.

Pomimo tego, że kocham Edwarda Nortona i pomimo tego, że przekonał mnie swoją dobrocią, film niestety wydaje się dość naiwny. Oczywiście musi być walka, musi być konflikt i nie może być kompromisów. To piękna historia, naprawdę miękka, zbyt uniwersalna. Motyw skinheadów nie pasuje do ciepłych, szczęśliwie kończących się zwyczajów, ale film nie odstrasza. Można to oglądać. Lubię też chłopca Terminatora. Jego twarz pasuje do roli skinienia głową z tymi na wpół zamkniętymi powiekami.

  1. Fanatyk (Stany Zjednoczone 2001) – reż. Henry Bean

Ryan Gosling

W maratonie neonazistów przyszła kolej na Goslinga. Wielokrotnie uzewnętrzniłem swoje antyamerykańskie poglądy filmowe, więc nie muszę mówić, czego się tutaj spodziewałem. Opowieść o buntowniku u schyłku życia, być może o błędzie wychowawczym, o tym, czyja to wina, a dlaczego nie o samym bohaterze, który jest oczywiście ofiarą. Nie, tutaj jest sedno. Zbyt mętna woda, przez którą nie widać, jak głębokie jest dno. Ale to jest.

Wysiłki Goslinga, by wyglądać na prawdziwego nonkonformistę, są wspomagane przez ogromną swastykę na krwistoczerwonej koszulce i kilka tatuaży na napiętych, naoliwionych mięśniach. Jednak zakończyły się sukcesem. Poza tym, że jego wściekły wyraz twarzy bardziej przypomina ostrzegawczy, tuż przed wybuchem dziecięcej histerii. Pomijając fakt, że intelektualne monologi mają tyle samo autentyczności z ust zdławionego gardła pisklęcia, jak Peja recytujący Szekspira. Poza tym jest w porządku.

Naprawdę, bo to kwestia scenariusza. To nie jest najlepsza rola tego przystojnego mężczyzny, wyrzeźbionego z drewnianego pnia. Jest pionkiem w historii Henry’ego Beana. Ale chyba za dużo przyzwyczajam się. Nie każdy amerykański film musi stać na jednym filarze w postaci pierwszoplanowego aktora. Sam bohater jest tak zdezorientowany, że udaje się na nabożeństwo w Romper Stompers i butach bojowych, a następnie atakując synagogę, delikatnie zawija z powrotem Talmud zbezczeszczony przez kolegów. W porządku, widz jest tak samo zdezorientowany do końca filmu. Wtedy okazuje się, że nic nie jest bardziej szczegółowo wyjaśnione, a widz wciąż zastanawia się, kiedy coś zostanie wyjaśnione. To najsłabsza pozycja wśród zgromadzonych. Niezdecydowany, niejednolity, niejasny i nieatrakcyjny w porównaniu z resztą.

  1. To jest Anglia (Wielka Brytania 2006) – reż. Shane Meadows

Stephen Graham i Jack O’Connell

Kto nie zagrałby skórki lepiej niż Anglik? Ta kultura pochodzi z wysp, o czym wiemy dzięki Mike’owi Skinnerowi. A fabuła filmu jest nieco cofnięta w czasie, choć nie do samego okresu powojennego. Przedstawia ciekawe zderzenie subkultury skóry, ceniącej muzykę, styl ubierania się, czesanie i wewnętrzną jedność z prawdziwym, wojowniczym neonazistą, genialnie wykreowanym przez Stephena Grahama. To jest esej o tym, ile jest skórek. W jakim stopniu coś dla opinii publicznej lub powodów jest sprzeczne z genezą i jak przebiega zderzenie między oryginałem a klonem?

Niestety, właśnie tak. Film ma moment straszliwej brutalności, więc oglądanie go polecane jest tylko widzom o mocnych nerwach. Nie z powodu krwi, ale z powodu charakteru popełnionego czynu. Może to zdenerwować samo oglądanie, ale prawdopodobnie o to chodziło. Wciągnięcie publiczności na scenę nie jest już eksperymentem, ale rzeczywistością. Tak robi się teraz sztuka. Musisz to poczuć na skórze, na języku, w żołądku. Jelito ma się wykręcić i krew bulgocze, tak że po wyjściu z kina chce się szybko iść do przodu i dmuchnąć komuś w usta. Niestety, te eksperymenty odwołują się do najniższych instynktów. Zupełnie jak odważniejsze sceny erotyczne (tak, mówię do ciebie HBO) zamiast umiejętnie pobudzać wyobraźnię kilkoma linijkami.

Jednak każda angielska produkcja ma w sobie coś, co bardzo mnie pociąga. Chłodne kolory i soczysty akcent to cechy charakterystyczne, ale chodzi o ogólny obraz. Ich kino narodowe na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat nabrało wyjątkowego charakteru. Stworzyli coś atrakcyjnego tylko będąc sobą. Podobnie jest w To jest Anglia. Skórki ze skórkami, ale jak dobrze oglądać ten film! Każdy strzał jest interesujący, każda linia, początek i koniec. Podczas seansu, pobudzony emocjami z ekranu, może z nas wyjść zwierzę, ale w końcu jest to film o przyjaźni. Takich w niecodziennych warunkach, ale wciąż przyjaznych. I nawet niechlujne zakończenie nie zepsuje dobrego wrażenia, jakie pozostawia po sobie film.

  1. Skin (Holandia 2008) – reż. Hanro Smitsman

Dawno temu i nie wiem dlaczego – ale widziałem. Pierwszy film o skinach. Muszę przyznać, że wysoko postawił poprzeczkę. Niestety to było tak dawno, że słabo to pamiętam. Może lepiej, bo skupię się na swoim odczuciu, a nie na fabule.

Trudny dramat, świeży. Coś, z czym wcześniej (wtedy) nie miałem kontaktu. Oderwany od rzeczywistości, a jednocześnie tak twardy. Po prostu kawałek innego świata, brzydki, niesprawiedliwy. Czasami wolimy nie myśleć o tym, że coś takiego może się gdzieś wydarzyć, ale ten film nas budzi. Temat jest przedstawiony dosadnie. Brzydkie twarze, brzydki język, nawet brzydkie kolory. Jednak pomysł, że wszystko działo się bez woli bohatera, jest dość naiwny. Jednak okoliczności, w jakich się znalazł, powinny być uzasadnione. Dla widza. Wybaczam.

Bardzo ciekawa pozycja, w przybliżonym obecnie kotle kinowym. Mówi się, że jest to właściwie holenderska wersja tego, holenderska wersja tego. Nieuniknione, ponieważ robimy film o subkulturze o bardzo specyficznej genezie, w tym kraju pochodzenia. Nie widzę jednak nic złego w modelowaniu na dobrym materiale. Z drugiej strony na pewno nie nazwałbym tego kopią. Tutaj wszystko jest świeższe. Na koniec muszę przyznać, że scena z powyższego kadru zapadła mi w pamięć. Mały dialog, ale ogromny ładunek emocjonalny. Znakomicie napisane i zagrane. Zaczynam się powtarzać, ale to jest dla mnie najważniejsze. Minimalizm w całej swojej mocy.

Próbując odświeżyć film, znalazłem kilka dyskusji internetowych z bardzo konkretnymi opiniami. Przez konkret mam na myśli bezmyślnie wyrachowane, powtarzane słowa mądrzejszych, charyzmatycznych ludzi. Takie wrażenie daje się przeczytać, czytając serię agresywnych, anonimowych monologów bez znaków interpunkcyjnych. Niestety, takie filmy schodzą na dalszy plan na rzecz dyskusji, która ich nie dotyczy. Ich temat staje się ważny, co jest pretekstem do agresywnej prezentacji i odrzucenia poglądów politycznych. Szkoda, że ​​te filmy rezonują tylko w postaci międzykulturowej i wielojęzycznej agresji. Jest to całkowicie poza ich celem. Prawie wszystkie z nich zawierają potępienie rasizmu. Nie lubię moralizowania, nikt tego nie lubi, ale nie śmiem krytykować autorów za dobre intencje. Chcieli dobrze, jak zwykle okazało się.

Pozostaje tylko wierzyć, że wciąż są ludzie, którzy oglądają takie filmy, żeby nie źle to zrozumieć, tylko pomyśleć. O tym, czego chce od nas reżyser; może ma rację, może nie? Dostrzegają niesamowity ładunek emocjonalny przekazywany przez ten temat. Doceniają wykorzystany potencjał lub wkurzają się na ten zmarnowany. Ale oni to robią. Nie zaciskają pośladków i nie ślinią klawiatury podczas wściekłego pisania. Zachęcam was do rozsądku, cieszenia się życiem i radowania się światem. Wtedy każdemu będzie tu wygodniej. Bunt może być produktywny, o ile jest rozsądny. A filmy o skinheadach lubię nieustannie i niezmiennie. Szkoda, że ​​jest ich tak mało. Może temat nie jest do końca tak wdzięczny?

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *