Karolina Łachmacka

Vivien Leigh

Vivien Leigh
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Ci, którzy znają chociaż trochę moich tzw. idoli, wiedzą, że za najlepszą aktorkę w historii uważam Vivien Leigh. Dlaczego piszę o niej właśnie teraz. Właściwie to odpowiedź jest prosta. Nie będę pisać o niej tylko dwa razy do roku, przy okazji rocznicy jej urodzin lub śmierci. Bo jak najbardziej by to ckliwie nie zabrzmiało, Vivien jest w moim sercu. Może także dlatego, że jej historia jest mi niesamowicie bliska. Może dlatego, że rozumiem pewne etapy, przez które w życiu musiała przejść. Ale myślę, że to nie czas na koncert zwierzeń osobistych. Chociaż ten blok jest osobisty, nie jest to bezpośredni konfesjonał.

Nazywali ją Vivling, co miało być połączeniem jej imienia ze słowem darling. Tak to już jest, że ludzie obdarzeni nieprzeciętną inteligencją pragną docenienia ich urody, a ci urodziwi strasznie przeżywają fakt, że nie docenia się ich przymiotów intelektualnych. I tak właśnie było z Vivien – uważana za najpiękniejszą z najpiękniejszych, często spotykała się z pomijaniem swego talentu. Ja natomiast uważam, że, chociaż była najpiękniejsza, ot, tak, po prostu, była też jedną z najlepszych aktorek, jeśli nie najlepszą. Przynajmniej, jeżeli idzie o kino.

Zabawne i trywialne, że ludzie uważani za nieomylnych w swoim fachu także się popełniają gafy (delikatnie mówiąc) na polu własnej chwały. Mam tu na myśli jednego z najwybitniejszych reżyserów filmowych, Williama Wylera. Nakręcił on wiele filmów, które, choć powstałe na przestrzeni różnych dziesięcioleci, chociaż zaliczały się do przeciwnych wręcz sobie gatunków – stały się klasykami. Jednym z tych klasyków jest ekranizacja „Wichrowych wzgórz” z 1939 roku. Rolę Heathcliffa zaproponowano Laurence’owi Olivierowi, gwiazdorowi kina brytyjskiego (i, rzecz jasna, tamtejszej sceny). Ten oczywiście ją przyjął. Chciał jednak, by rolę Cathy powierzyć Vivien Leigh, wówczas jego kochance. Vivien była 24-letnią, śliczną dziewczyną z niezbyt dużym dorobkiem filmowym, acz znaczącym, ale nie w Stanach, lecz w Wielkiej Brytanii.

Jej aspiracje mogły się wydawać śmieszne – bo przecież rola Cathy była pożądana przez wiele znanych kobiecych gwiazd Hollywood. Czegóż więc mogła się spodziewać jakaś tam ślicznotka rodem z Wysp Brytyjskich? Wyler widział w niej potencjał, dlatego odważył się na i tak, w swoim mniemaniu, ryzykowny krok – zaoferował Vivien rolę drugoplanową Isabelli. Vivien nie zastanawiała się ani chwili i… rolę odrzuciła. Zagram Cathy albo nie zagram wcale – podsumowała. Wyler uznał ją za niespełna rozumu. Nie dostaniesz lepszej roli na debiut w Hollywood, odparł. Cóż, tu jest właśnie gafa Wylera. Zaraz po jego ofercie Vivien Leigh została obsadzona w najbardziej pożądanej kobiecej roli w dziejach Hollywood – Scarlett O’Hary w „Przeminęło z wiatrem” na podstawie uhonorowanej nagrodą Pulitzera powieści Margaret Mitchell. Dosyć dodać, że otrzymała za nią Oskara. Merle Oberon, której przypadła w udziale rola Cathy, nie otrzymała nawet nominacji.

W 1940 roku Vivien wystąpiła w roli Myry Lester w „Pożegnalnym walcu” Mervyna LeRoya. Partnerował jej Robert Taylor, etatowy bawidamek MGM. To właściwie jedyny przykład, kiedy Viv grała jako aktorka kontraktowa. Potem zawsze się buntowała. Teatr był dla niej najważniejszy. W swojej karierze zagrała wiele różnych postaci, choć przede wszystkim teatralnych. Mimo posiadania dwóch Oskarów (drugiego przyznano jej za rolę Blanche Dubois w ekranizacji sztuki Williamsa), wystąpiła w łącznie 19 filmach. To naprawdę niewiele. Tym bardziej cenne są dla mnie wszystkie po raz pierwszy i na nowo odkrywane role Vivien. Niewielu kojarzy ją np. z Anną Kareniną. A zagrała ją u Juliena Duviviera w filmie z 1948 roku. Jeśli zaś oglądaliście „Księcia i aktoreczkę” z lat 50., warto nadmienić, że na scenie Elsie grała nie Marilyn Monroe, a Vivien. Mimo bardzo złego stanu zdrowia Viv pozostała aktywna zawodowo aż do końca. Tuż przed jej odejściem zmartwiła ją śmierć przyjaciela – Spencer Tracy zmarł kilkadziesiąt dni przed Viv. Co ciekawe, to on wręczał jej Oskara za „Przeminęło z wiatrem”.

Vivien Leigh to przykład połączenia talentu i determinacji. Elia Kazan, reżyser „Tramwaju zwanego pożądaniem”, miał do niej najwyraźniej żal o to, że kierowała się wskazówkami swego ówczesnego męża, Oliviera, w tworzeniu postaci Blanche. Jednak powiedział o niej, że dla tworzenia jak najlepszej postaci miała determinację tak wielką, by przejść po rozżarzonym węglu, jeśli by wiedziała, że to ma sens dla procesu twórczego kreacji. Kiedy grała Scarlett, David O. Selznick, producent „Przeminęło z wiatrem” musiał bronić jej jak lew przed zatwardziałymi obrońcami Południa i pamięci wojny secesyjnej. Wszak Scarlett grała Brytyjka! A to była potwarz. Do czasu, aż film obejrzano. Od tej pory przez 70 lat nikt nie odważył się już komentować wyboru Selznicka. Dlaczego? Wystarczy obejrzeć Vivien w akcji.

Bardzo żałuję, że Vivien nigdy nie widziałam i nigdy nie zobaczę na scenie. Urodziłam się trochę za późno, choć raczej lepiej rzec, że Vivien zmarła zbyt wcześnie. To chyba bardziej bliskie prawdzie. Na scenie grała postaci szekspirowskie (Julia, Lady Makbet, Lavinia, Cleopatra, Titania czy Viola), po współczesne (Cleopatra ze sztuki George’a Bernarda Shawa, Blanche Dubois ze sztuki Williamsa, Elsie Marina ze wspominanej już sztuki Terrence’a Rattigana). Za rolę zupełnie dla siebie nietypową, bo w musicalu „Tovarich” tańczyła i śpiewała, Viv przyznano najważniejszą nagrodę teatralną Tony (1963).

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Mam taką cichą nadzieję, że ktoś, kto niewiele wiedział o Vivien, zainteresuje się jej historią. A jeśli obejrzy chociaż jeden z jej filmów, jest pewna, że doceni ten wielki, przeogromny talent, wrażliwość i, jak ja to nazywam, intuicję ekranową.

(Visited 22 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>