Karolina Łachmacka

Jean Simmons

Jean Simmons
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Mówi się, że śmierć starych ludzi nie boli tak bardzo, bo przecież „swoje przeżyli”. Może jest w tym odrobina prawdy, ale za każdym razem, kiedy odchodzi ktoś, kto w jakiś sposób mnie kształtował, czuję ból i pustkę w sercu. Tak było po śmierci Elizabeth Taylor przed kilkoma dniami. Tak też się działo po odejściu Jean Simmons, jednej z moich najbardziej ukochanych aktorek. To już ponad rok bez Jean i dlatego chciałam napisać parę słów jej poświęconych.

Jest wiele historii o pięknych, młodych dziewczynach, które dostają szansę od losu i mogą zaprezentować swój talent. To brzmi znajomo także w przypadku Jean Simmons. Urodziła się w Londynie 31 stycznia 1929 roku jako Jean Merilyn Simmons. Przywołując przed oczy jej obraz, można by pomyśleć, że stanowiła „mieszankę” urody Vivien Leigh i Elizabeth Taylor. Tak zawsze ją kojarzyłam. I przede wszystkim tak, dopóki nie doznałam przywileju obejrzenia jej na ekranie w kilku różnorodnych produkcjach. Być może i dla mnie Jean pozostałaby angielską ślicznotką, gdyby nie kilka wybitnych jej ról, które widziałam.

„Cezar i Kleopatra” nakręcony w 1944 roku to popis kunsztu aktorskiego Vivien Leigh. Ale w filmie tym jest też scena, w której w roli niewolnicy pojawia się młodziutka, nastoletnia Jean Simmons. Jej rólka to doprawdy nic nie znaczący epizod – niezupełnie. Jean gra tam ze Stewartem Grangerem, zaprzyjaźnionym z Vivien Leigh. Vivien nigdy nie polubiła Jean. Dlaczego? Niebawem okazało się, że Granger zostawia swoją starszą żonę Elspeth March (skądinąd przyjaciółkę Leigh), a jego kolejną wybranką zostaje – tak, nie kto inny, jak Jean Simmons. Ale po kolei.

W 1947 roku powstaje najwybitniejsza chyba ekranizacja „Hamleta” z Laurence’em Olivierem w roli głównej i za kamerą. Jeśli Hamlet, to naturalnie także postać Ofelii musi zostać jak najlepiej obsadzona. Pierwszym pomysłem jest osoba żony Oliviera – Vivien Leigh. Vivien jest piękną kobietą, genialną aktorką, do tego grała Ofelię nie raz na scenie, właśnie u boku męża (wówczas jeszcze kochanka). Ale istnieje mały szkopuł: Vivien ma prawie 34 lata. To trochę za dużo na Ofelię, sądzą producenci. Może gdyby sam Olivier się uparł, Vivien dostałaby rolę. Ale nie – skończyło się na złamanym sercu Leigh i obsadzeniu nastoletniej Jean Simmons. Oliwy do ognia dolewa fakt, że Simmons wygląda niczym młoda Leigh. Vivien nigdy nie zapała do Jean sympatią. „Larry gra Hamleta i p*eprzy swoją Ofelię” – miała powiedzieć o mężu Leigh. Romansu nie było, ale chora na maniakalną depresję Leigh wiedziała swoje.

Tymczasem dla Jean rola Ofelii to krok milowy w karierze. Choć to Laurence Olivier zdobywa Oscara dla najlepszego aktorka pierwszego planu (Jean musi pocieszyć się nominacją dla aktorki drugoplanowej i Pucharem Volpi z MFF w Wenecji), trudno oprzeć się wrażeniu, że na ekranach pojawił się skarb – niezwykle piękna i utalentowana aktorka o charyzmatycznej osobowości. A Jean ma dopiero 20 lat!

Aktorka o mały włos nie zostałaby legendą – do kontynuowania kariery aktorskiej przekonała się na planie „Wielkich nadziei” Davida Leana, jednego z najwybitniejszych brytyjskich reżyserów. Zanim zagrała Ofelię, umocniła swoją pozycję w brytyjskim kinie takimi filmami, jak np. „Czarny narcyz”.

W 1950 wyszła za mąż za Grangera i razem zagrali w kilku filmach. Jean zagrała świetną rolę w thrillerze „Twarz anioła” z 1952 roku z Robertem Mitchumem. Potem przyszedł czas na w mojej opinii udany obraz „Młoda Bess” (1953) z Grangerem i Deborah Kerr. Jean zagrała krnąbrną młodą władczynię, Elżbietę I. Sam film to może nie majstersztyk, ale rola Jean jak najbardziej się oń ociera. Ciekawostką jest fakt, że atmosferę musiała podgrzewa świadomość, że Granger, zanim ożenił się z Simmons, namiętnie romansował z Kerr. Tego samego roku w filmie „Tunika” partneruje jej Richard Burton.

W 1954 Jean pojawia się w „Desiree”, kostiumowym dramacie z Marlonem Brando w roli Napoleona. Film ten dzisiaj pewnie dostałby Złotą Malinę we wszystkich możliwych kategoriach – jest po prostu nieudany, nudny, bez polotu i nie wzbudza praktycznie żadnych emocji. Trudno w to uwierzyć zważywszy na obsadę, ale tak jest.

Jean Simmons to jedna z tych wielkich aktorek, które nigdy nie otrzymały Oscara. Przykre i niesprawiedliwe, ale prawdziwe. Wiele jest historii o odrzuconych przez gwiazdy rolach, które potem, przyjęte przez dane aktorki, zapewniały im splendor i nagrody. Tutaj sytuacja rysuje się nieco inaczej. Jean otarła się o rolę księżniczki Anny w „Rzymskich wakacjach” Williama Wylera. Wyler bardzo chciał pracować z Simmons i wierzył, że nadaje się do roli. Niestety jednak, Jean stała się ofiarą machlojek Howarda Hughesa (tak, tego od „Aviatora”). Otóż piękna aktorka stała się obiektem westchnień Hughesa – nie ukrywał, że chce się z nią po prostu przespać. Jean, zakochana i wierna mężowi, nie była zainteresowana. Hughes wszedł w posiadanie pieczy nad jej kontraktem i blokował udział we wszelkich godnych uwagi filmach. Jeśli ktoś zna specyfikę ówczesnych umów aktorów, wie, jak ich traktowano. Jean prawnie rzecz ujmując nic nie mogła zrobić, by się od Hughesa uwolnić – trzeba było poczekać, aż minie termin ważności jej zawodowych zobowiązań względem Hughesa. Niestety, ten „ukarał” ją dotkliwie – księżniczkę zagrała debiutująca rówieśniczka Jean, Audrey Hepburn, i otrzymała zań Oscara. Resztę już znamy.

Tymczasem w 1955 Jean zagrała w „Facetach i laleczkach” i zgarnęła Złoty Glob. Jej przezabawna, pełna polotu i wdzięku rola w „Tej nocy” zapewniła jej kolejną nominację do tej nagrody. W „Bądź w domu przed zmrokiem” zagrała naprawdę wybitnie i niezwykle emocjonalnie. Jean udało się grywać bardzo różnorodne role w różnorodnych obrazach. Warto tu wspomnieć western Biały kanion” (1958), komedię „Cudzie chwalicie…” (1960), czy też dramat „Ta ziemia jest moja” (1959). Ale Jean miała przed sobą jeszcze wspanialsze role.

W „Spartakusie” (1960) Jean wciela się w Varinię, niewolnicę, w której z wzajemnością zakochuje się tytułowy bohater (Kirk Douglas) wielkiego widowiska Stanleya Kubricka. Rola Jean w tym filmie przyprawia o łzy wzruszenia (przetestowane na autorce tekstu). Dopełnieniem tej dekady z życia Jean jest rola siostry Sharon Falconer w „Elmer Gantry” (1960). Scena tuż przed pożarem to wielki pokaz umiejętności klasy Jean Simmons. Szkoda, że z Oscarami odeszli tylko Burt Lancaster i Shirley Jones.

Lata 60. to zawodowo dla Jean okres bardziej uśpiony. W ciągu całej dekady gra niewiele. Wszystko w jej życiu miało się zmienić po rozwodzie z Grangerem i poślubieniem reżysera „Elmera Gantry”, Richarda Brooksa. W 1969 zagrała główną rolę w „Szczęśliwym zakończeniu” (1969) i otrzymała drugą nominację do Oscara. Niestety, i ten związek rozpadł się. Jean z każdym z mężów miała po jednej córce. Pierwszej dała na imię Tracy (na cześć Spencera Tracy), drugiej zaś Kate (na cześć Katharine Hepburn).

W ciągu ostatnich lat Jean grywała rzadko. Jej najbardziej zapamiętaną rolą z tego okresu jest Fee w „Ptakach ciernistych krzewów”, która przyniosła jej nagrodę Emmy.

Jean umarła na raka płuc 22 stycznia ubiegłego roku.

(Visited 18 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>