Patryk Karwowski

Złodziej / Thief (Michael Mann, 1981)

Złodziej / Thief (Michael Mann, 1981)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Debiut kinowy Michaela Kennetha Manna. Ten doświadczony reżyser telewizyjny (The Jericho Mile, Sierżant Anderson), podjął najlepszą dla nas widzów decyzję i poszedł w kierunku pełnego metrażu. Thief z 1981 roku wyznaczył całą przyszłą drogę reżysera, pokazał jakie filmy będzie kręcić. Już otwierające sceny mogą wywołać delikatny uśmiech satysfakcji na kinomanach. O tak, to film Michaela Manna. Po 5 minutach już wiedziałem, że będzie świetny.

Kamera zawieszona wysoko w wąskiej uliczce. Oczywiście, że noc (bo nikt tak, jak Mann nie sprzeda nocnej miejskiej turystyki). Kamera powoli obniża się do poziomu wąskiej uliczki. Deszcz tak mocny, że zaległy spacer z psem przekładamy na rano.

Światła, neony, refleksy w rozległych kałużach i samochód, który jak zawsze spełnia ważną rolę filmach reżysera. Samochód, który ma nie tylko ładnie wyglądać w nocnych świetlnych feeriach. Ma wozić bohatera, zawsze mężczyznę, zawsze samca alfa.

Tytułowy Thief, w tej roli James Caan, to zawodowiec. Profesjonalista w każdym calu, który idealnie wpasował się do społeczeństwa ze swoją kryminogenną naturą. Tak jak w późniejszych obrazach reżysera, także i tutaj bohaterem jest antybohater. Złodziej, z bogatą kartoteką, znany i cieszący się szacunkiem w półświatku. Frank, za dnia to sympatyczny, dobrze prosperujący biznesmen. Handluje używanymi samochodami. Spotyka się z kobietą. W nocy? Zrzuca skórę, zakłada kominiarkę i robi to w czym czuje się najlepiej. Kradnie. Okrada sejfy, bo je zna najlepiej, bo otwierania sejfów uczył się od najlepszego. Frank nie jest typem złodzieja, który wpada, ładuje wszystko do reklamówki i biegnie do lombardu. Każdy jego skok jest zaplanowany, w każdym rabunku chodzi o konkretną rzecz pod klienta. Diamenty dla tego, dokumenty dla innego. Wszystko ustalone, kupiec już czeka z gotówką.

Frank jest tak dobry w swoim fachu, że w końcu zostaje zauważony przez grube ryby. Te, które częściej pływają w nocy niż w dzień. Te, które zawsze mają szoferów. Mafiozo trzymający w garści niezliczone ilości brudnych interesów, człowiek, który może załatwić wszystko. Nieżyjący już Robert Prosky, grający rolę Leo, to aktor charakterystyczny, w tej roli spisał się świetnie. Zgrywa kumpla, przyjaciela. Frank ma problem z urzędem adopcyjnym? (kartoteka nie pomaga)

Nie ma żadnego problemu. Leo załatwi dzieciaka. Dziewczynka, chłopak? Czarny, biały, żółty? Leo załatwi wszystko. Jego propozycja jest nad wyraz kusząca. Sejf, jeden z trudniejszych w karierze naszego złodzieja. Nagroda jest jednak niespotykanie duża. Skuszony Frank przygotowuje więc swoją najtrudniejszą robotę.

Najważniejszy w tym filmie Frank, to klasyczny przykład bohatera, którego pomimo wielu wad jesteśmy w stanie obdarzyć sympatią. Nieco porywczy, jednak honorowy. Jak bohaterowie kolejnych filmów Manna, również i ten uwikłany jest w specyficzny związek z kobietą, tutaj z kobietą o imieniu Jessie. W tej roli śliczna Tuesday Weld. nominowana 4 lata wcześniej do Oscara za drugoplanową rolę w filmie W poszukiwaniu idealnego kochanka.

Tutaj, jak to u Manna, gra kobietę, która najchętniej skryłaby się pod męskimi skrzydłami. Trochę z tyłu, przestraszona, a przede wszystkim wpatrzona w swojego mężczyznę. Jeżeli złodziej chce spokojnie dotrwać do emerytury, powinien pozostać w cieniu, nie wychylać się, a już na pewno nie angażować się w żaden związek. O ile Jessie jest w stanie wnieść wiele dobrego w świat Franka, to pojawiający się w życiu złodzieja Leo na pewno nie. Wszystko zatem zmierza do finału.

Nie można zapomnieć o tym, że zawodowiec może pracować tylko z zawodowcem. Zatem prawą ręką Franka jest Barry. Specjalista od wszystkiego: kierowca, snajper, prawdziwy przyjaciel. Jest paru reżyserów na świecie, którzy ponad związek kobieta-mężczyzna, stawiają męska przyjaźń, jak chociażby Pasikowski u nas. Jako widzowie jesteśmy w Złodzieju pewni tylko jednego. Właśnie Barrego, on nigdy nie zawiedzie Franka.

Heist-movie? Owszem. Jeden z lepszych. Bezbłędny James Caan, twardziel w skórzanej kurtce, z jedną ręką na kierownicy, z drugą przewieszoną przez drzwi. Oby więcej takich kinowych złodziei. Reżyser nie szczędzi nam niespodzianek. Na ekranie pojawia się Denis Farina, a w roli złodziejskiego guru sam Willie Nelson, legenda amerykańskiego country.

Na to wszystko deser. Powinien pojawić się na koniec. Po tak doskonałym posiłku. Deser w postaci ścieżki dźwiękowej w wykonaniu Tangerine Dream dostajemy od pierwszej minuty. Od wspomnianej kamery, która sunie w dół wraz z rzęsistym deszczem. Mann ma doskonały gust muzyczny. Tangerine Dream ze swoją całą elektroniką powoduje, że nocne miasta, w których rozbrzmiewają dzikie klawisze Edgara Froes’a i jego muzycznej świty wyglądają jak futurystyczne Los Angeles z Blade Runnera.

Produkcją zajął się Jerry Bruckheimer, obecnie uważany za najlepszego w branży. W 1981 roku minęła dekada od kiedy rozpoczął przygodę z kinem. Tak naprawdę to zaczął budować swoje producenckie imperium. Złodziej na pewno mu w tym pomógł.

Złodziej to ważny film, będący inspiracją dla wielu późniejszych obrazów. Sam Mann w swojej Gorączce tworzy postać bardzo bliską Frankowi. U innych twórców przykładów można odnaleźć równie wiele. Chociażby Drive, w reżyserii Nicolasa Refna w swojej strukturze przypomina bardzo Złodzieja. Gosling, kryminalista, za dnia zwykły obywatel. Wrobiony w szemrany biznes. Kobieta, która musi uciekać i krwawy finał. Odniesień we współczesnej kinematografii jest z pewnością więcej. Co z tego wynika? To, że Michael Mann nakręcił film, który po ponad 30-stu latach ogląda się wciąż wyśmienicie.

(Visited 38 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>