Agata Malinowska

Ziarno prawdy (Borys Lankosz, 2014)

Ziarno prawdy (Borys Lankosz, 2014)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Borys Lankosz to jeden z nielicznych twórców rodzimej kinematografii, którzy nie tylko kinem gatunkowym nie gardzą, ale nawet potrafią robić je z autentycznym zaangażowaniem i widoczną przyjemnością. Znany jest także z tego, że nie stroni od wycieczek w głąb historii. Toteż Ziarno prawdy Zygmunta Miłoszewskiego – mroczny kryminał, współczesny, ale mocno zakorzeniony w dawnych wydarzeniach – zdawało się być opowieścią stworzoną z myślą o nim. Niestety, nie każdy pisarz jest Stiegiem Larssonem, nie każdy filmowiec Davidem Fincherem – choć da się wymienić kilka powodów, dla których warto wybrać się do kina.

Zacznijmy jednak tak, jak się w filmie kryminalnym zaczyna zazwyczaj – od trupa. Nagie zwłoki mieszkanki Sandomierza, zaszlachtowanej za pomocą narzędzia stosowanego w żydowskim uboju rytualnym, zostają znalezione przed budynkiem miejskiego archiwum. Sprawę prowadzi prokurator Teodor Szacki, czyli nad wyraz dobrze ubrany Robert Więckiewicz. Jest w Sandomierzu nowy, zesłany tu z Warszawy za jakieś nieznane przewinienia. Nieznajomość lokalnych stosunków nadrabia arogancją. Nie jest praktykującym alkoholikiem, jak wielu powieściowych detektywów, ma za to inną spektakularną przywarę: nie szanuje Boga, Ojczyzny ani Naszego Papieża i lubi dawać temu wyraz. Ponieważ lokalni antysemici-prawdziwi-Polacy-katolicy nabierają wiatru w żagle, pobudzeni żydowskim wątkiem śledztwa, publiczności pozostaje tylko wypatrywać wybuchowego zderzenia. A jest przecież jeszcze zagadka, którą trzeba jakoś wyjaśnić.

Zamiłowanie Lankosza do czarnego kryminału, które dawało o sobie znać w Rewersie, w Ziarnie prawdy może rozkwitnąć w pełnej krasie ku zadowoleniu widzów. Film jest niezwykle stylowy – efektowne zdjęcia pełne cieni i mgieł nadają opowieści aury tajemnicy, a elektroniczna, klekocząca muzyka (wyraźnie inspirowana ścieżką dźwiękową do Dziewczyny z tatuażem) – nieco ekstrawagancji. Lankosz nie jest może reżyserskim trendsetterem, ale korzysta z dobrych wzorców i umie je zaadaptować do swoich potrzeb. Wielkim atutem Ziarna prawdy jest też Robert Więckiewicz. Nie tylko w skórze bucowatego prokuratora czuje się jak we własnej, ale też potrafi nadać tej ogólnie nieprzyjemnej postaci nieco wdzięku i zachęcić widza do kibicowania jej wysiłkom. Prokuratora Szackiego bowiem polubić raczej trudno – nie ma interesujących upodobań kulturalnych jak Harry Hole z cyklu powieści Jo Nesbø, ani też nie jest ujmująco tolerancyjny, jak Mikael Blomkvist z trylogii Millennium. Jego skłonność do naruszania ustawy o ochronie uczuć religijnych jest wbrew pozorom jednym z niewielu aututów w walce o serce publiczności. Pozwala bowiem wyeksponować jego inteligencję i cięty język w licznych scenach werbalnych przepychanek.

Tu nieuchronnie docieramy do wątków, powiedzmy eufemistycznie, rozliczeniowo-satyrycznych, zaszytych zarówno w tyradach Szackiego, jak i w samej fabule. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Miłoszewski, zamiast pisać swoją powieść krwią serdeczną, maczał pióro w żółci. Polska „prowincja” to w jego oczach prawdziwe szambo, które, poruszone wrzuconym w jego odmęty okaleczonym ciałem, zaczyna roztaczać drugiej świeżości aromaty. Głęboko zakorzeniony antysemityzm to tylko wierzchołek góry lodowej. Jest przecież jeszcze dewocja, hipokryzja, okrucieństwo, zawiść, nuworyszowskie buractwo – wszystko kroczące pod sztandarami znaczonymi krzyżem, godłem narodowym i portretami JPII. Cała ta jeremiada dostarcza niekiedy przedniej rozrywki. Po prawdzie jednak trudno powiedzieć, by była to sensowna społeczna diagnoza, a raczej filmowa lista polskich grzechów głównych. Nie sądziłam, że to napiszę, ale w konkurencji pasowania się z Polakami i polskością, Miłoszewskiego zdecydowanie dystansuje Łukasz Barczyk, który w Hiszpance podejmuje polemikę z narodową tradycją w dużo lepszym, nawet jeśli chwilami nieznośnym, stylu. Warto zdobyć się na dystans, zamiast ulegać podszeptom tej żółci, której nadmiar opisuje się jako polską cechę narodową.

Przecierpiałabym zresztą z zadowoleniem ideolo, gdyż dało mi ono wiele radosnych chwil (Nie uważałem na hebrajskim – ironizuje lokalny ksiądz – zajęcia były rano, a my byliśmy zmęczeni po pogromach.), gdyby nie to, że Ziarno prawdy ma jeszcze jeden problem, tym razem natury zasadniczej – chaotyczny, niekonsekwentny i nieskładny scenariusz. Wątek flirtu Szackiego z miejscową urzędniczką zostaje po jednej scenie odłożony na półkę (a tak dobrze się zapowiadało). Gęba antysemity przyprawiona bohaterowi przez brukowce w najmniejszym stopniu nie wpływa na rozwój akcji (rozmowa z rabinem odbywa się na stopie przyjacielskiej). Rozwiązanie akcji również niestety zawiera elementy szyte dość grubymi nićmi. Gdzie jak gdzie, ale w filmie o kryminalnej zagadce jest to niedopuszczalne. No, chyba że chodzi w nim o zupełnie co innego – ale z Ziarna prawdy taki akurat Detektyw, jak ze mnie angielska królowa. Część tych niezręczności dostała się zapewne do scenariusza podczas adaptacji, a część tkwiła już w samej książce, ale to niech się już Lankosz wespół z Miłoszewskim sami z tego wszystkiego tłumaczą.

Większość problemów z Ziarnem prawdy ma zatem jedno i dobrze określone źródło. Równoważy je jednak w dużym stopniu naprawdę solidny warsztat techniczny, reżyserski i aktorski (kilku trzecioplanowców składa co prawda hołd Polskiej Szkole Szeleszczącego Bełkotania, nie na tyle jednak często, by przeszkadzało to w odbiorze intrygi), a także gęsty, mroczny klimat. Z całego serca życze Lankoszowi, by następnym razem trafił mu się jakiś lepszy materiał. Mam nadzieję, że nie przemawia przez mnie żółć, a jedynie nieco zawiedziony widz. Ale w Polsce to nigdy nic nie wiadomo.

(Visited 8 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>