Adrian Kaczyński

Wyspa kukurydzy / Simindis Kundzuli (George Ovashvili, 2014)

Wyspa kukurydzy / Simindis Kundzuli (George Ovashvili, 2014)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Im więcej filmów się ogląda tym łatwiej wyłapuje się pewne schematy bądź prawidłowości rządzące kinematografią. I tak: polski film wzbudza poruszenie kiedy jest o Holokauście, w stanach – jeśli traktuje o uprzedzeniach rasowych, albo dotyczy interwencji w Iraku, a w Gruzji, wygląda na to, że produkcja musi zawierać choć w niewielkim stopniu elementy konfliktu abchasko-gruzińskiego. Wszystko po to by film traktowano jako bardziej wyniosły i bardziej ambitny niż jest w rzeczywistości. Chociaż Gruzja nie jest filmowym potentatem to szybko spostrzegła co sprzedaje się najlepiej. „Wyspa kukurydzy” jest już drugim filmem w ostatnim czasie, o który jest rozpoznawalny, i którym się dużo mówi – a jutro (30.01) premiera.

Wyspa kukurydzy” zdecydowanie jest filmem dla widzów cierpliwych o dużej wrażliwości – ja się chyba do nich niestety nie zaliczam, bo wizja George’a Ovashviliego do mnie jakoś nie przemawia, a przynajmniej nie w całości. Walka z naturą niejako zestawiona jest z wojną międzyludzką, gdzie ta druga wydaje się być pikusiem w obliczu klęski naturalnej. Matka natura jest nieobliczalna, a i z pewnością mniej litościwa, jej się nie ubłaga, nie uprosi, nie nabije w butelkę, a i ‘taniec deszczu’ pewnie miałby podobne działanie co placebo. Działań przyrody nie unikniemy, co zresztą pokazano już w „Bestiach z południowych krain” – to właśnie w zetknięciu z nią jesteśmy bardziej bezsilni niż w przypadku wojny, gdzie jesteśmy jakoś w stanie postawić opór, przeciwdziałać.

Jednak film gruzińskiego reżysera to także film o dorastaniu. Dziewczynka niczym kukurydza z upływem czasu dojrzewa zmieniając się z dziecka w kobietę, a starzec jest jak żyzny grunt wyspy, który ten wzrost wspomaga i dostarcza jej odpowiednie wartości – niestety po zakwitnięciu jego rola się kończy i tym samym jest już zbędny.

Młoda wnuczka, która przybyła wraz z podstarzałym dziadkiem na wysepkę by znaleźć się z dala od zamieszek i w pełni poświęcić się obcowaniu z tym co człowiekowi najbliższe od wieków, czyli naturą i rolnictwem, które w gruzińskim filmie pojawia się po raz kolejny. Jak nie mandarynki to kukurydza – musi być coś na rzeczy. To nie jedyne podobieństwa występujące w tych produkcjach, bo jest ich całkiem sporo. Można odnieść wrażenie, że obaj reżyserzy chcieli nakręcić razem ten sam film, ale nie doszli do porozumienia w sprawie typu hodowli i dlatego zamiast jednego powstały dwa. „Mandarynki” bardziej przystępne i z dozą humoru oraz „Kukurydziana wyspa”, która do przełknięcia jest dopiero po przegotowaniu, albo uprażeniu – tylko czy wszystkim będzie chciało się tę preparację przeprowadzać by z filmu wyciągnąć odpowiedni smak.

Wyspa kukurydzy” to kino oszczędne, minimalistyczne zarówno w treści jak i w formie. Piękne plenery sprawiają, że jest na czym zawiesić oko, bo przy braku dialogów i powolnym rozwoju wydarzeń może okazać się to zbawienne. Zdjęcia w moim odczuciu są głównym atutem tego filmu, którego wymowa wydaje się być zbyt banalna w zestawieniu z dosyć interesującą i całkiem ciekawie zrealizowaną resztą. Tyle wysiłku i zachodu, a plon niewielki. Ach ta natura.

(Visited 13 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>