Mariusz Czernic

Wielkie oczy / Big Eyes (Tim Burton, 2014)

Wielkie oczy / Big Eyes (Tim Burton, 2014)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Film oparty na prawdziwych wydarzeniach – tymi słowami rozpoczyna się najnowsze dzieło Tima Burtona. Ale znany z ekstrawagancji reżyser nie stworzył tym razem wiarygodnej biografii. To wciąż kino w jego stylu, wysmakowane plastycznie, przestylizowane, opowiadające o ludziach obdarzonych wyobraźnią, tworzących sztukę przez małe s, której wiele osób nie rozumie i nazywa sentymentalnym kiczem. Ed Wood, Tim Burton, Margaret Keane, a nawet przywołany w początkowym cytacie Andy Warhol to są ludzie, których wiele łączy, ale i dzieli. Wielkie oczy pozornie nie przypominają poprzednich dzieł Burtona, ale trudno mi sobie wyobrazić, aby ten film nakręcił ktoś inny. W innej reżyserii mogłoby wyjść poprawne kino, ale bez burtonowskiego sznytu i specyficznej wrażliwości artystycznej.

Akcja filmu rozgrywa się w amerykańskich miasteczkach w latach 50. i 60. Miasta wyglądają bajkowo – jest czysto i spokojnie, nie ma nędznych, pełnych przemocy dzielnic, nie ma poważnych wypadków. Jest tylko sztuka wysoka i niska oraz krytycy, którzy decydują o tym, co zasługuje na pochwały, a co jest totalną szmirą. Największe dramaty rozgrywają się wewnątrz, za fasadą pięknych budynków i spokojnych ulic. Główną bohaterką filmu jest Peggy Ulbrich, rozwódka z dzieckiem pragnąca rozpocząć nowe życie. Po przeprowadzce do innego miasta wychodzi za mąż za Waltera Keane’a. Jest spora szansa, że ten człowiek będzie w stanie ją najlepiej zrozumieć, gdyż podobnie jak ona jest artystą-malarzem. Ale małżonek zaczyna ją wkrótce „okradać” – przywłaszcza sobie laury, na które zasłużyła jego żona.

Reżyser na szczęście zachował dystans do opowiadanej historii, wykorzystując fakty i autentyczne postaci do przedstawienia własnej teorii na temat sztuki i jej przeciwieństwa zwanego kiczem lub szmirą. Humor w tej opowieści był niezbędny, bo ta historia jest w gruncie rzeczy bardzo zabawna. Walter Keane to zabawna postać, bo krytykowany jest na własne życzenie – jest jak złodziej, który zamiast obrazu Picassa kradnie japońską mangę (nieprzypadkowe porównanie, bo w mangach i filmach anime wielkie oczy to norma). Ten film to z jednej strony pochwała kiczu, ale z drugiej to hołd dla prawdziwych artystów, którzy tworzą z głębi serca, nie przejmując się krytyką, nie oglądając się za modą. Hołd dla tych, którzy mają swój własny styl i konsekwentnie się go trzymają. Indywidualny styl jest wartością nie tyle pożądaną co bezcenną i powinien być chroniony prawami autorskimi.

Film zahacza również o problematykę społeczną, a konkretnie problem dyskryminacji kobiet. W latach 50. i 60. sztuka była tworzona głównie przez mężczyzn, kobiety były w tej branży traktowane pogardliwie. W dziedzinie literatury odnosiły sukcesy, ale inne rodzaje sztuki (malarstwo, rzeźba, architektura, muzyka, reżyseria filmowa) były domeną mężczyzn. Pojawia się więc zasadnicze pytanie: czy obrazy Peggy Ulbrich odniosłyby sukces gdyby nie były podpisane nazwiskiem jej męża? Może więc Walter Keane nie zasłużył wyłącznie na krytykę, ale i część pochwał. Bo potrafił sprzedać prace żony. Nie zasługuje na potępienie, ale na współczucie. Bo jest żałosnym i niespełnionym showmanem aspirującym do miana ‚artysty’. Potwierdza to kulminacyjna scena w sądzie – Keane przypomina w niej klauna, który z rozprawy sądowej robi cyrk, by odwrócić uwagę od własnej niekompetencji i braku talentu.

Christoph Waltz dzięki oscarowym kreacjom w filmach Tarantino stał się specjalistą w odgrywaniu postaci cechujących się elokwencją, czarujących magią słowa i urokiem osobistym. U Burtona też zagrał takiego wygadanego faceta, który potrafi władać językiem z równą wprawą co Picasso pędzlem. Problem w tym, że on nie chce pracować w telewizji ani w radiu, mimo że ma ku temu zdolności. On chce być artystą podziwianym za kunszt i styl, których nie posiada. Christoph Waltz to najmocniejszy punkt filmu, stworzył postać popadającą w skrajne stany emocjonalne – od fascynacji sztuką po totalną wściekłość z powodu spadających nań gromów. Aktor potrafi szarżować po to, by zaskoczyć autentyczną neurozą i szaleństwem. Walter Keane jest postacią negatywną, lecz aktor nie zrobił z niej bezdusznego potwora, tylko człowieka z podwójną osobowością – perfidnego kłamcę i marzyciela wrażliwego na słowa krytyki. Ta podwójna osobowość sprawiła, że Peggy (Margaret) nie potrafiła w jego oczach dostrzec prawdziwych zamiarów.

Amy Adams w głównej roli kobiecej sprawdziła się doskonale. Nie przepadam za nią, ale przyznaję, że tutaj celnie ją obsadzono w roli kobiety skruszonej i pokornej, podszytej strachem, próbującej wyrazić siebie za pomocą obrazów. W tych portretach widać kobiecą rękę i mąż odbierając żonie prawa autorskie zabrał jej znacznie więcej niż się wydaje, wykluczył ją ze społeczeństwa. Amy Adams dyskretnie i z wyczuciem odegrała postać zgorzkniałej i popadającej w zwątpienie portrecistki, którą los rzuca w sidła niewłaściwych facetów. Dzięki dwójce pierwszoplanowych wykonawców dramat małżeński jest wiarygodny, ale spory udział ma w tym także duet scenarzystów Scott Alexander & Larry Karaszewski. Napisali oni również skrypt do wcześniejszego filmu biograficznego Tima Burtona pt. Ed Wood (1994).

Film nastraja refleksyjnie i wprawia w pozytywny nastrój. Nie jest przesadnie sentymentalny, a problem dyskryminacji kobiet przedstawiony jest klarownie i z błyskotliwością godną mistrzów. Prawdziwą historię przefiltrowano przez stylowe zwierciadło Tima Burtona. Główna bohaterka mówi, że oczy są oknem, w którym można dostrzec duszę człowieka. Film Wielkie oczy jest zaś oknem, w którym widoczna jest dusza artysty. Produkcji można zarzucić przewidywalność, ale nie ma tu przecież zagadki do wyjaśnienia, więc przewidywalny scenariusz nie jest wcale wadą. Tym bardziej, że to kino biograficzne. Big Eyes to najlepsza pozycja w karierze Burtona od czasu nostalgicznej baśni pt. Big Fish (2003). Kapitalna jest ścieżka dźwiękowa, na której znajdują się hipnotyzujące piosenki Lany Del Rey oraz fantastyczna kompozycja Danny’ego Elfmana. A strona wizualna jest dowodem na to, że ekipa Tima Burtona to nie rzemieślnicy, lecz prawdziwi artyści.

(Visited 8 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>