Agata Malinowska

Watchmen. Strażnicy / Watchmen (Zack Snyder, 2009)

Watchmen. Strażnicy / Watchmen (Zack Snyder, 2009)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Pamiętam plakaty z napisem „Strázci” wiszące w praskim metrze – w Polsce sezon na „Watchmen” był właśnie w pełni. Myśl o oglądaniu mrocznego filmu o superbohaterach z czeskimi napisami miała pewien perwersyjny urok, ale jednak zwyciężyła obawa przed śmiercią ze śmiechu. Tak więc przepuściłam kinową wersję „Strażników”, by wreszcie dopaść ich może nie po latach, ale po miesiącach – i utwierdzić się w przekonaniu, że wówczas w Czechach zachowałam się rozsądnie.

Watchmen” jest bowiem filmem poważnym przez duże P – bardziej nawet niż „V for Vendetta”, bazujący na komiksie tego samego autora. Jest mrocznie i klimatycznie, a także obrazoburczo. I chociaż cenię komiksowe wycieczki Nolana (filmy o Batmanie) i Rodrigueza (Sin City) – to właśnie Strażników uznaję za najciekawszy film tego rodzaju, jaki widziałam w ostatnich latach. Najciekawszy, podkreślam, niekoniecznie najlepszy.

Dlaczego nie najlepszy? No cóż – zaczyna się intrygująco. W nowojorskim apartamencie zamordowany zostaje mężczyzna, który okazuje się być superherosem na emeryturze. Superbohaterstwo w Ameryce lat 80, gdy po wygranej wojnie w Wietnamie trwa zimna wojna, nie jest łatwym kawałkiem chleba – walka ze zbrodnią z pominięciem prawa jest stanowczo zabroniona i surowo karana. Nielegalnie działa już właściwie tylko Rorschach, mroczny i paranoidalny detektyw. O losach pozostałych zamaskowanych bohaterów dowiadujemy się z niesamowitej czołówki. W żołnierskim skrócie: są oni martwi, szaleni lub prowadzą mniej lub bardziej normalne, ale w każdym razie zgodne z prawem, życie. Siłą rzeczy ci ostatni nie są zachwyceni, gdy pojawia się u nich Rorschach i oznajmia, że muszą się obawiać o swoje życie, gdyż jeden z nich właśnie został go pozbawiony…

I w tym miejscu historia, jak dotąd tocząca się wartko, rozlewa się na liczne wątki, retrospekcje i filozoficzne wątpliwości. Niewątpliwie to właśnie one nadają Strażnikom tyle charakteru, ale o ile podobny typ narracji sprawdza się znakomicie w komiksach, które w wielu tomach mogą pomieścić dziesiątki wątków, o tyle w filmach bywa to raczej nie na miejscu. Skutek? Całość jest bardzo niejednorodna. Śledztwo prowadzone przez Rorschacha – chyba najmocniejszy element filmu – to skrzyżowanie konwencji noir i mrocznych thrillerów o psychopatach. Jest ono świetną osią scenariusza, ale zbyt często tracimy je z oczu, by mogło znacząco wpłynąć na klimat.

Fascynujący wątek związany z atomowym kolosem Doktorem Manhattanem i jego powolną utratą człowieczeństwa miesza się z banalnym romansem Jedwabnej Zjawy z Nocnym Puchaczem. Schemat Ona kłóci się ze Swoim Chłopakiem i idzie do jego Kumpla, który jest brzydszy i trochę gapowaty, ale za to ma świetną brykę i nie pracuje w drugim pokoju w czasie seksu , znali chyba już starożytni Egipcjanie. Aha, i przepraszam wszystkich fanów komiksu, ale nie potrafię zachować powagi słysząc tekst Zasadniczo chciałam mieć normalne życie, ale mama tak bardzo pragnęła, bym walczyła ze zbrodnią… Domyślam się, o co chodziło, ale można było jakoś bardziej subtelnie…

Tego rodzaju chwile czynią oglądanie tego filmu trudniejszym, ale nie są na tyle częste (ani na tyle głupie), żeby całkowicie do niego zniechęcić. Co najmniej dwie pierwszoplanowe postaci – Rorschach i Manhattan – są żywe i niepokojące, a do tego stawiają na głowie standardowy mit bohatera.

Rorschach to dla mnie intrygująca trawestacja postaci Batmana – takim właśnie stałby się „Mroczny Rycerz”, gdyby nie był multimilionerem i nie miał psychicznego wsparcia ze strony przyjaciół. Nie ma wątpliwości, że Rorschach jest kompletnie szalony a do tego pełen żywiołowej nienawiści, która nie pozwala mu na kompromisowe rozwiązania. Batman godził się z tym, że pokonani przez niego złoczyńcy trafią do więzienia i być może z niego uciekną. Dla Strażnika jest to nie do pomyślenia – momentem przełomowym w jego życiu było pierwsze morderstwo, popełnione na zabójcy małej dziewczynki. Nieco podobna historia pojawia się w jednym z klasycznych komiksów o Batmanie – „Batman: Venom” – tyle że tam Bruce jakoś wraca do psychicznej równowagi. W zasadzie niewiele dzieli obie te postaci poza niewielkim doprawdy krokiem w szaleństwo.

Doktor Manhattan (zwany przez niektórych Doktorem Smerfem, MSPANC) to z kolei postać-klucz do wszystkich superbohaterów, którzy nie są ludźmi lub w wyniku dziwacznych wypadków zyskują nadludzkie cechy… A potem żyją sobie jakby nigdy nic, poza tym że czasem spalą wzrokiem jakiś wieżowiec lub powspinają się po pionowej ścianie. Przemiana okularnika intelektualisty w kosmiczną istotę, postrzegającą czas i przestrzeń w całkowicie innych kategoriach nie zostawia furtki dla tak konformistycznej postawy – Manhattan po prostu nieodwołalnie przestaje być człowiekiem. Pomaga co prawda Amerykanom w Wietnamie (ciekawym zbiegiem okoliczności wczesne komiksy i animacje o Supermanie opowiadały o tym, jak Człowiek ze Stali wspiera aliantów w czasie II WŚ) i pracuje nad uratowaniem ludzkości, ale jego oderwanie od rzeczywistości staje się coraz bardziej oczywiste. Jest to niezwykle ciekawa wizja superherosa-nadczłowieka, chociaż może nie najweselsza.

Fani komiksu z pewnością napiszą mi teraz, że nie zna życia kto nie czytał „Watchmen” i że film jest zaledwie marną imitacją. Nie będę oponować – jeśli tylko uda mi się zdobyć, pożyczyć lub wyłudzić ten komiks, chętnie się z nim zapoznam. Jednak pewne rzeczy są osobistym i ważnym wkładem twórców filmu i nie można ich potraktować lekko. To dobre zdjęcia, przemyślana i efektowna koncepcja plastyczna (z pewnością dużo lepsza niż cokolwiek, co mogło powstać w latach 80, które są, niestety, raczej festyniarskie), interesująca ścieżka dźwiękowa i smaczki o wybitnie filmowym charakterze. Udało mi się namierzyć nawiązania do „Czasu apokalipsy” i „Dr Strangelove”, ale pewnie jest tego więcej. Pomimo że opowieść grzęźnie na mieliznach, a czasem wkrada się do niej patos, film nie jest też nudny. Chętnie poświęcę kolejne 2,5 godziny, by obejrzeć go ponownie – a tego nie mogę powiedzieć nawet o zachwalanym „Sin City„.

Watchmen (Zack Snyder, 2009)  aa Watchmen (Zack Snyder, 2009)  aWatchmen (Zack Snyder, 2009)  aaa

(Visited 23 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>