Aneta Dynowska

W imię… (Małgorzata Szumowska, 2013)

W imię… (Małgorzata Szumowska, 2013)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Małgorzata Szumowska powraca na ekrany kin po dwóch latach od głośnego „Sponsoringu”. Nowy film również nie obył się bez dawki kontrowersji, bo „W imię…” wzbudza wśród widzów i krytyków skrajne emocje. Mimo podzielonych opinii, reżyserka może pochwalić się dużym sukcesem. „W imię…” został dwukrotnie wyróżniony na tegorocznym Berlinale oraz otrzymał nominację do głównej nagrody festiwalu – Złotego Niedźwiedzia. Film opowiada historię księdza, który zakorzenia się w lokalnej społeczności. Praca z chłopakami z zakładu poprawczego oraz pokusy życia codziennego zaczną przywoływać stare wspomnienia, o których Adam chciał zapomnieć wybierając życie jezuity.

Małgorzata Szumowska znana jest z tworzenia filmów o kontrowersyjnej tematyce. Mało udany, nieprzemyślany „Sponsoring”, który opowiadał o dziewczynach utrzymujących się z płatnego seksu i starał się je na siłę wybielić, nie zrobił furory mimo angażu Juliette Binoche. Z „W imię…” sytuacja nie jest jednak taka prosta. Łatwo można zauważyć, że Szumowska zmieniła nieco punkt widzenia. „Sponsoring” był opowieścią mocno subiektywną, natomiast „W imię…” zrobiony jest z dystansu, podkreśla konkretne przekazy i pytania, a resztę oddziela grubym marginesem, która poddawana jest w ciągłą wątpliwość. O ile hasło „kontrowersja” padło w tym tekście już kilka razy i jest głównym przymiotnikiem opisującym przez media nowy film Szumowskiej, to tak naprawdę nie ma ono żadnego powiązania z filmem.

W imię…” nie jest prowokacją. Nie jest też „aktualnym komentarzem do obecnej sytuacji w kościele”. Dzieło Szumowskiej to przede wszystkim rozważania na temat samotności, wewnętrznej walki, rozdarcia między tym kim jesteśmy, a kim powinniśmy być. Uciekanie przed swoim prawdziwym obliczem to główny temat filmu. Nie jest to obawa przed zmianą, a przed wstydem, upokorzeniem i odrzuceniem. Postać księdza jest idealnym uosobieniem tęsknoty za bliskością, stąd motyw religijny. „W imię…” jest filmem, który zraża chłodem i jest bardzo bolesny, bo jest łaknieniem miłości. Każda modlitwa jest pokutą za pragnienie.

Kontrowersyjne użycie motywu z homoseksualizmem nie robi różnicy. Szumowska dokładnie studzi emocje i odpowiednio je dawkuje, aby pokazać, że jej nowy film nie jest zrobiony dla sensacji. „W imię…” w ogóle nie szokuje, bo nie opiera się na wulgarności. W filmie zachowana jest pewna harmonia i spokój, które są równaniem miłości fizycznej i psychicznej, bo reżyserka nie faworyzuje żadnej z nich. „W imię…” jest też obrazem pokus życia codziennego. Butelka czystej, kilka papierosów, kuszące propozycje seksualne, prowokujące bestie… a to wszystko po to, aby uświadomić nam jak łatwo możemy dać czemuś kontrolę nad własnym życiem.

Kiedy myślę o Andrzeju Chyrze, przypomina mi się jego epizod w „Sponsoringu”, gdzie grał sadystycznego klienta jednej z dziewczyn. Na szczęście „W imię…” pozwoliło mu pokazać się z innej strony. Rola księdza Adama wymagała od niego wielu poświęceń, ale wczuł się w tę postać bardzo mocno. Chyra zrozumiał myślenie swojego bohatera i stworzył niesamowitą kreację aktorską. Absolutnie zachwycił mnie Mateusz Kościukiewicz, który mimo niewielu wypowiedzianych kwestii, potrafił wyciągnąć ze swojej postaci wszystko. Kolejni na ekranie pojawiają się państwo Raczewscy, w których wcielili się przeciętna Maja Ostaszewska i mało charyzmatyczny Łukasz Simlat. Swój epizod miał również Tomasz Schuchardt znany z filmu „Jesteś Bogiem”, który jest moim ulubieńcem w pokoleniu młodych, początkujących aktorów.

Mocno zdystansowaną aurę tworzą wspaniałe, chłodne i statyczne kadry Michała Englerta. W klimat filmu wprowadza muzyka Pawła Mykietyna i Adama Walickiego. Szczególnie przypadł mi do gustu utwór Band Of Horses, „The funeral”, który pobrzmiewa w tle kluczowej, pustej sceny procesji. Małgorzata Szumowska zapunktowała u mnie filmem „W imię…”. Zmieniłabym końcowy bieg wydarzeń na bardziej dramatyczny i patetyczny, ale mimo tego, nadal uważam, że nikt tak pięknie nie zmetaforyzował miłości w polskim kinie. Niedokończony tytuł to nie przypadek. W imię czego? Kogo? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami. Jedno jest pewne: na pewno nie w imię Boga.

a w imie szumowskaW imię aaa

(Visited 10 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>