Karolina Łachmacka

Uśmiech Mony Lizy / Mona Lisa Smile (Mike Newell, 2003)

Uśmiech Mony Lizy / Mona Lisa Smile (Mike Newell, 2003)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Mike Newell to twórca, spod którego ręki wyszedł bardzo doceniany przeze mnie film pt. „Cztery wesela i pogrzeb” (1994). Tymczasem „Uśmiech Mony Lizy” (2003) to wynik jego nieco konwencjonalnego związku z kinem amerykańskim. Newell dostał na warsztat czarowną opowieść, w której główną rolę gra nagrodzona już wcześniej Oskarem Julia Roberts. Grana przez nią Katherine Watson to postępowa nauczycielka historii sztuki. Przybywszy ze słonecznej Kalifornii do dosyć małej, zamkniętej na „postępowość” miejscowej szkoły, musi i próbuje zmierzyć się z mocą konwenansów, zakorzenionych stereotypów.

strong>Julia Roberts to aktorka bardzo czarująca. Ma wyrazistą osobowość, która znacznie nadrabia to, że artystka ta nie jest klasyczną ślicznotką. Roberts dysponuje natomiast czarownym uśmiechem, który zgasi wszystkie piękności o poprawianych kosmetycznie walorach. W filmie Newella Julia jest jak wisienka na torcie – nieco inna od reszty, ale bez niej całość, choć smakowita, nie miałaby takiej siły magicznego rażenia. Roberts ma godne siebie towarzystwo. W „Uśmiechu Mony Lizy” partnerują jej znane, choć młodsze koleżanki, jak Julia Styles, świetna jako szwarccharakter Kirsten Dunst, zabawna Ginnifer Goodwin, czy w końcu niekwestionowanie najlepsza aktorsko w tym filmie Maggie Gyllenhaal. Czuje się tu dobrze atmosferę zakonserwowanej tradycjami i zaślepionej wręcz schematami szkoły, w której nawet Katherine Watson, czarująca, aczkolwiek niezbyt krzykliwa feministka (?), wydaje się być futurystyczną wersją kobiety.

Najbardziej rażącym mankamentem „Uśmiechu Mony Lizy” (2003) jest niewątpliwie oklepana i przewidywalna konwencja tego filmu. Od początku każdy w miarę rozumny widz ogarnie pewien schemat: pewnego razu była sobie postępowa nauczycielka, która przybywa do szkoły z „nieswojej bajki”. Oczywiście, jest inna, niż wszyscy wokół – potrafi zaciekawić, zrewolucjonizować życia, poglądy i wybory swoich podopiecznych. To belferka z powołania, traktująca swoją pracę jako misję. Naturalnie pojawiają się problemy – komuś to nie odpowiada, ktoś się buntuje, itp. Taki układ filmu Newella mógłby być problematycznym. W końcu bez elementu zaskoczenia widz pozostaje nieco ogołocony z przyjemności oglądania. Jest jednak pewien warunek, który, jeżeli spełniony, potrafi niczym woalka przysłonić arkana przewidywalności. Tą zasłoną jest… czar.

„Uśmiech Mony Lizy” (2003) to, pomimo przewidywalnych punktów scenariusza, film pełen blasku i czaru. Osobiście bardzo podobały mi się zdjęcia i delikatna, aczkolwiek dająca się zauważyć scenografia. Aktorsko jest dobrze i porządnie. Julia Roberts, czyli emancypantka, która niegdyś czarowała jako Pretty Woman, wciąż ma „to coś”. Kirsten Dunst wypada znakomicie (czy tylko ja uważam, iż z łatką czarnego charakteru bardziej jej do twarzy?). Julia Styles na tle pozostałych koleżanek nieco blednie. Ginnifer Goodwin jako „brzydkie kaczątko” potrafi być urocza. Dla mnie jednak niekwestionowanym i największym atutem „Uśmiechu Mony Lizy” (2003) jest Maggie Gyllenhaal. Postać Giselle, choć drugoplanowa, ma najwięcej wymiarów i budzi autentyczną sympatię widza. Gyllenhaal jest niebanalna i ma niebiańsko rubaszne spojrzenie. Sprawia wrażenie, że można z nią konie kraść. Gyllenhaal to wciąż niewykorzystany brylant w Hollywood, którego nikt jeszcze odpowiednio nie użył, a szkoda.

Jeżeli komuś nie przeszkadza dosyć oklepana formuła tego filmu, a ma ochotę na dobry film do ciepłej herbaty w zimowy wieczór, to „Uśmiech Mony Lizy” może uzupełnić tę okoliczność w trafny sposób.

Trailer

Galeria

(Visited 46 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>