Agata Malinowska

Upiór w operze / The Phantom of the Opera (Joel Schumacher, 2004)

Upiór w operze / The Phantom of the Opera (Joel Schumacher, 2004)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Słynny muzykalny Upiór zamieszkujący podziemia paryskiej opery to postać o wielu twarzach, czy raczej o wielu gębach, które kultura masowa dorabia jej niestrudzenie od stu lat. Sam będąc zresztą tej kultury nieodrodnym dzieckiem, łączy w sobie zarówno cechy skończonego łajdaka i mordercy, jak i lirycznego kochanka, tragicznego geniusza muzyki, niedoścignionego sztukmistrza… Do wyboru do koloru. I wybór zostaje dokonany.

Podczas gdy w latach 20 ubiegłego wieku na ekranach królował Lon Chaney w straszliwej charakteryzacji, żywy wizerunek brzydoty, który niebezpodstawnie budził przerażenie – dziś serca dam porusza postawny, elegancko ubrany dżentelmen w skąpej maseczce. Pełna romantyzmu fabuła weberowskiego musicalu umniejsza zarówno fizyczną deformację Upiora, jak i jego ułomność moralną, czyniąc go charakterem może i czarnym, ale jednocześnie jakże wdzięcznym.

Co może być przyczyną tej spektakularnej transformacji? Współczesne kino rozrywkowe to dziecko starogreckiej komedii – unika mrocznych tematów lub je trywializuje, wygładza tragizm i bawi, w zamian rezygnując z katharsis. Jeśli zatem czarny charakter, to taki, który nie dotknie nas do żywego. Nędznik, patałach i głupiec, którym możemy gardzić, albo… diabeł w uwodzicielskich szatach, który budzi w nas podziw.

Jak się okazuje, jesteśmy skłonni poddać się fascynacji i zawiesić surowe zasady moralne, jeśli tylko negatywny bohater ma odpowiednio dużo stylu rozumianego jako zespół cech, na które chętnie nabieramy się również w rzeczywistości. Musi być zatem przystojny, dystyngowany lub charyzmatyczny, powinien również charakteryzować się niepoślednią inteligencją. Są to warunki konieczne, byśmy byli gotowi wybaczyć mu jedzenie ludzkiego mięsa lub strzelanie do ludzi jak do kaczek.

Upiór Opery jest tu przykładem modelowym – nienaganny ubiór, szarm i muzyczny geniusz zdają się nie najgorzej rekompensować skłonność do zabijania, skoro nawet anielska Christine lituje się nad strasznym adoratorem. Nie brak jednak i innych przykładów, włącznie z najbardziej drastycznymi. Nie zapominajmy też o naziście-detektywie z „Bękartów wojny” którego Tarantino zapewne poskładał z kawałków zawidzianych w setkach filmów z jednym tylko zamiarem – by nas uwiódł. Skutecznie.

Istnieje również cała galeria postaci, którym jesteśmy gotowi wspaniałomyślnie darować winy, gdyż kierują nimi pokrętnie rozumiane pobudki moralne. Na pierwszym miejscu są, rzecz jasna, różnej maści mściciele, zaczynając od pięknej blondynki z „Kill Billa” a kończąc na bohaterach koreańskiego mistrza krwawych porachunków, Chan-Wook Parka. Ohydne morderstwo popełnione przez superbohatera Rorschacha w filmie „Strażnicy” akceptujemy, bo jest wyrazem słusznego gniewu.

Od biedy możemy przyznać moralną słuszność nawet psychopatycznemu Panu Układance z kolejnych części „Piły”, każącemu straszliwą śmiercią osoby nie potrafiące cieszyć się z tego, że żyją. No cóż… Na tle wszystkich tych groteskowych figur obleczony w maskę i teatralny ciemny ubiór tajemniczy V z „V for vendetta” wydaje się być wzniosłym idealistą i nie jest trudno przyklasnąć mu, gdy mówi z niezachwianą pewnością, że przemoc może służyć dobru.

Ciekawą, choć nieudaną woltę opartą na tej właśnie tezie można zaobserwować w dwóch filmach, których bohaterem jest kolejny słynny geniusz-psychopata – Hannibal Lecter. Dzięki elektryzującemu popisowi aktorstwa, „Milczenie owiec” staje się właściwie apoteozą skrajnej postaci indywidualizmu. Wydaje się, że nie sposób ulec fascynacji na widok okrwawionej postaci Lectera, który tuż po dokonanym mordzie zatrzymuje się, by w ekstazie słuchać muzyki.

Upiór w operze The Phantom of the Opera (Joel Schumacher, 2004)  aaaaa

A jednak jej ulegamy. Kanibalizm jest tu aktem wolności, a być może również wyrazem tezy, iż człowiek tak wybitny i samoświadomy może sobie pozwolić na bycie amoralnym. Paradoksalnie, gdy w „Hannibalu” ten straszliwy wizerunek spróbowano nieco osłodzić, nadając działaniom Lectera pozór moralnej słuszności (jego ofiara, Mason Verger, to dość ohydny zwyrodnialec), postać kanibala straciła prawie cały magnetyzm. Zażeranie się ludzkim mózgiem odzyskało swój ziemski wymiar i stało się po prostu obrzydliwe.

Oczywiście istnieje też zespół cech, których uwodzicielski czarny charakter mieć nie powinien i jedną z nich jest nieprzewidywalność. Nawet jeśli bohater negatywny morduje i okalecza, lubimy myśleć, że robi to według jakiegoś planu… kodeksu honorowego… czegokolwiek. Byle nie stawiano nas oko w oko z kompletnym szaleńcem. Można by się tutaj posłużyć przykładem Jokera, a nawet obu Jokerów – obie kreacje były na swój sposób niepokojące – gdyby nie to, że ledgerowski Joker to osobnik raczej racjonalny. Jedynie Nicholson sprawia wrażenie zupełnie niesterowalnego, podobnie jak coenowscy szaleńcy z „Fargo”.

Do kolekcji można dodać budzącą dreszcze kreację Javiera Bardema z filmu „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Ten zawodowy morderca szczyci się swoimi „zasadami”, mimo to kiedy tylko pojawia się na ekranie, budzi chęć ucieczki. Pomijając obrzydliwą metodę eksterminacji ofiar, kodeks honorowy Chigurha nie zna ograniczeń i odnosi się wrażenie, że gdyby poczuł się on urażony wyrazem twarzy amerykańskiego prezydenta, nie spocząłby, póki Owalny Gabinet nie spłynąłby krwią. Chigurh jest szalony i dlatego budzi odrazę. Jesteśmy gotowi podziwiać inteligencję, odwagę i profesjonalizm… ale nie u kogoś takiego.

Jeśli ktoś ma wzbudzić w widzu choć cień sympatii, nie powinien też mieć upodobań objętych społecznym tabu – na przykład, jak rzymski cesarz Kaligula, czuć mięty do własnej siostry. Postać Kommodusa w „Gladiatorze” byłaby może tragiczna, gdyby nie uporczywe zaloty do Lucilli. Od Buffalo Billem z „Milczenia owiec” ciągnie z kolei transwestytyzmem, zaś Max Cady z „Przylądka strachu” to gwałciciel. O ile morderstwa ujdą jeszcze płazem, o tyle seksualnych ekscesów nie wybacza się, przynajmniej w Hollywood.

Z pośledniejszych cech, których unika się konstruując atrakcyjnych morderców, można wymienić również chciwość. Postaci chciwe giną na ogół marnie, przywalone gruzami plądrowanych budynków lub w ramach ironicznej kary pozostawione na pustyni z puszką oleju silnikowego („Quantum of Solace”) – mile widziane jest zatem mordowanie w afekcie, dla przyjemności lub na zlecenie, jako gwarantujące dłuższy ekranowy żywot.

Jak widać, o ile tylko szwarccharakter nie został pomyślany jako pokraczny szaleniec o niejasnej proweniencji, możemy się spodziewać, że będzie to ktoś, z kim chętnie poszlibyśmy na kolację, o ile tylko dostalibyśmy gwarancję, że to my, a nie nas jeść będą. Miłość, którą tak podkreśla Weber w historii Upiora, Coppola zaś, dość niespodziewanie, w filmie o Draculi, to tylko nic nie znacząca ozdoba. Dystyngowani socjopaci w nazistowskich mundurach, kanibalistyczni psychiatrzy, morderczy mściciele to atrakcja sama w sobie, o ile tylko zadbano o odpowiedni zestaw pozorów i podano je ze smakiem, a czasem nawet i bez niego. Morderstwo w czasach popkultury to kwestia estetyczna – wymaga klasy.

Upiór w operze The Phantom of the Opera (Joel Schumacher, 2004)  aa Upiór w operze The Phantom of the Opera (Joel Schumacher, 2004)  aUpiór w operze The Phantom of the Opera (Joel Schumacher, 2004)  aaa

(Visited 22 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>