Agata Malinowska

The Limits of Control (Jim Jarmusch, 2009)

The Limits of Control (Jim Jarmusch, 2009)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Wielokrotnie zdarzyło mi się oceniać wysoko filmy, których z całą pewnością nie zrozumiałam i nowe dzieło Jima Jarmusha nie jest wyjątkiem. Pocieszam się jednak, że ta pełna sprzeczności, dwugodzinna opowieść o podróży, „film akcji bez akcji”, „film jak sen”, jak mówi o nim sam reżyser, nie została prawdopodobnie stworzona, by przekazać widzowi jakieś konkrety. Raczej po to, by nasączyć go obrazami, zachwycić dźwiękiem, oszołomić i oderwać od rzeczywistości. Jeśli faktycznie to było celem, ze mną się udało.

The Limits of Control” ma oczywiście coś w rodzaju fabuły – jednak ci, którzy oczekują szybkiego postępu akcji, będą rozczarowani. Główny bohater, bezimienny profesjonalista wynajęty do enigmatycznego zadania, jak widmo krąży po Hiszpanii, spotykając się w kawiarniach z dziwnymi postaciami, które przekazują mu wskazówki w pudełkach zapałek i wygłaszają monologi dotyczące sztuki. Jesteśmy w zasadzie pewni, że to dokądś zmierza, ale po pewnym czasie wpadamy w ten film po same uszy i nabieramy ambiwalentnych uczuć w stosunku do nieuchronnie zbliżającego się zakończenia. Gdzieś w głębi umysłu, nieco jednak zalęknionego tą perspektywą, pojawia się nieśmiałe „a może by jeszcze trochę…”.

Film Jarmusha to czysta hipnoza. Jestem pewna, że istnieje jakaś wersja uncut, w czasie oglądania której widzowie mrą głodową śmiercią, gdyż nie są gotowi odejść ani na chwilę od ekranu. Powtarzalne sekwencje zdarzeń, oprawione w świetne zdjęcia i muzykę, mają w sobie coś fascynującego, nawet jeśli dialogi bywają dziwnie sztuczne. Naturalnie w tych pompatycznych nieco kwestiach wypada chyba tylko John Hurt. Nie wiadomo zresztą, czy naturalność jest tym, co reżyser chce osiągnąć. Przeciwnie wręcz – oniryczna atmosfera „The Limits…”, przypominająca jako żywo filmy Lyncha, doskonale nadaje się do tego, by snuć opowieść-nieopowieść w sposób nieskrępowany.

Lektura wywiadów z Jarmushem skutecznie wyleczyła mnie z przekonania, jakoby „Granice kontroli” były jakąś misterną konstrukcją, której każdy element ma służyć budowaniu intelektualnego przekazu. Dialogi, czy też – wziąwszy poprawkę na małomówność bohatera – przemówienia na pół realnych postaci, to niemal improwizacje, pisane w trakcie zdjęć. Nie jestem nawet pewna, czy scena w klubie flamenco, która z jakichś przyczyn wzbudziła we mnie zachwyt, również nie powstała dlatego, że wydawała się akurat dobrym pomysłem. Ten film to dla mnie prawie sen, sztywna rama fabularna (bardzo minimalistyczna) wypełniona skrawkami wrażeń i myśli.

Tak jak odpoczywający mózg sięga po materię przeżytego dnia, by tworzyć z niej marzenia, tak reżyser wplata w materię „Granic” to, co go fascynuje, bawi lub niepokoi. Stąd – być może – trochę autotematyzmu, rozważania o rezonujących instrumentach, stąd wreszcie naga kobieta w rozczulająco ogromnych okularach. Twórca pozwala sobie na rozkojarzenie i rozmycie, przeciwnie niż centralna postać filmu, która zdaje się kontrolować każde drgnięcie powieki. „The Limits of Control” to powolna, hipnotyczna i swobodna podróż dla samej podróży. Nie śmiem powiedzieć – cały Jarmush, ale mogę śmiało stwierdzić: Jarmush, jakiego lubię.

The Limits of Control (Jim Jarmusch, 2009)  aa The Limits of Control (Jim Jarmusch, 2009)  a The Limits of Control (Jim Jarmusch, 2009)  aaa

(Visited 13 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>