Adrian Kaczyński

Teksańska masakra piłą mechaniczną / The Texas Chain Saw Massacre (Tobe Hooper, 1974)

Teksańska masakra piłą mechaniczną / The Texas Chain Saw Massacre (Tobe Hooper, 1974)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Nie ma chyba na świecie osoby, która nie zetknęła się jeszcze z tytułem „Teksańska masakra piłą mechaniczną” w wersji Hoopera, czy też licznymi jego sequelami, remakiem, bądź prequelem. Jak powszechnie wiadomo pozycja ta zdążyła już osiągnąć status kultowej, jednak nie sprawia to, że jest on chętniej oglądany, a tym bardziej, że się często do tego filmu powraca. Co więcej, często pojawiają się opinie, że nie przetrwał próby czasu i zwyczajnie się zestarzał nie wywierając większego wrażenia na odbiorcy. Po wczorajszym odświeżeniu sobie tego horroru mogę z pełną satysfakcją stwierdzić, że zaliczam się do grupy, która na temat „Teksańskiej masakry…” ma pozytywną opinię.

Po seansie doszedłem do wniosku, że jednak tego filmu w całości nigdy wcześniej nie miałem okazji oglądać, bo z pewnością utkwiłby mi w pamięci – kojarzyłem tylko fragmenty końcówki oraz ‘szaloną kolację’, która jest naprawdę przerażająca. Z pewnością dawka brutalności, epatowania przemocą nie jest tak wielka jak w dzisiejszych produkcjach, w dodatku rzadko jest ona pokazywana dosłownie pozostawiając wszystko ludzkiej wyobraźni, która może być naszym największym prześladowcą.

Odcinanych kończyn, czy flaków na wierzchu nie uświadczymy (no może z jednym małym wyjątkiem). Owszem obserwujemy akcję z zamierzenia odrażającą, ale jest ona przysłonięta, bądź tak zmontowana, że widzimy sam zamiar oraz efekt końcowy. Zapewniam, że takie zabiegi potrafią wpłynąć na odbiorcę nie gorzej niż tryskająca wszędzie krew, czy mózg zatrzymujący się dopiero na ścianie.

Teksańska masakra piłą mechaniczną” ma w sobie to, czego obecnie w kinie grozy ciężko uświadczyć. Jest to przede wszystkim klimat, który wyczuwalny jest już od pierwszych ujęć – atmosfera niechybnej śmierci i niebezpieczeństwa wypełnia każdy kadr, a wraz z rozwojem sytuacji gęstnieje jeszcze bardziej i nie odpuszcza ani na moment. Obecnie już z góry wiadomo jak się kończy wyprawa grupki znajomych na wakacje, a ciężko utrzymać stan niepokoju przez całą projekcję. Film zaskakuje swoją treściwością, przedstawia w zasadzie same konkrety, nie ma więc przesadnego wydłużania historii, dzięki czemu koncepcja jest zwarta i trzyma się kupy, więc i logicznie jest bardzo przyzwoicie, bo np. nie uświadczymy absurdalnych pościgów, gdzie ofiara pokonuje dystans niczym sprinter, a oprawca ledwo człapiąc siedzi jej na ogonie.

Co więcej, wielki Leatherface wraz ze swoim ekwipunkiem jest całkiem sprawny i porusza się dosyć szybko, co można wywnioskować po śladzie spalin pozostawianych w powietrzu przez jego hałasującą piłę łańcuchową. Leatherface nie patyczkuje się ze swoimi ofiarami, a fakt, że nie zawsze jest przerażający, bo częściej prezentuje się komicznie, jest intrygujący – w tym szaleństwie jest metoda!

Film Hoopera wydaje się być idealnym wzorcem slashera – te emocje, napięcie, ta sprawnie opowiedziana, nie pozwalająca odetchnąć, historia. Nie dziwi mnie więc, że to właśnie „Teksańska masakra…” stała się jednym z prekursorów tego podgatunku kina grozy, który obecnie wydaje się już do cna wyeksploatowany. Chyba najciekawszym co możemy spotkać jeszcze w obrębie tego gatunku są pastisze, które potrafią skutecznie przyjętą koncepcję obrócić w farsę i nie pozostawiają uczucia zażenowania po napisach końcowych, w przeciwieństwie do wielu dzisiejszych nieszczęsnych reprezentantów slashera.

(Visited 11 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>