Michał Vorbrodt

Szukając Vivian Maier / Finding Vivian Maier (John Maloof, Charlie Siskel, 2013)

Szukając Vivian Maier / Finding Vivian Maier (John Maloof, Charlie Siskel, 2013)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Ostatni dzień festiwalu był jego ostatnią szansą na odkupienie się w moich oczach. Zaufałem po raz ostatni i w końcu się nie zawiodłem. Na filmie, oczywiście. Ale przecież nic dziwnego, skoro to dokument biograficzny, a nie nadambitny dramat egzystencjalny i nie 3-godzinny eksperyment filmowy. Trwa to półtorej godziny i opowiada historię Vivian Maier. A może historię odkrycia Vivian przez Johna Maloofa, młodego historyka? Bo to on jest odkrywcą i pośmiertnym agentem fotografki, oraz autorem filmu na jej temat. Jego na filmie widzimy najczęściej i właściwie trudno powiedzieć czy to konwencja filmu jak u Michaela Moore’a, czy autopromocja.

John Maloof przedstawia się jako historyk. Na aukcji zakupił całe mnóstwo negatywów, bo potrzebował starych zdjęć do swojej książki. Zainteresowała go tajemnicza osoba fotografki, której spuścizny stał się posiadaczem. Zaczął od Google, czyli jak każdy współczesny naukowiec. Brak wyników zaintrygował go, wszczął więc śledztwo dotyczące tożsamości tajemniczej kobiety fotografującej się w witrynach sklepowych. I zrobił o tym film.

Czasy kiedy John wrzucał zdjęcia za darmo na bloga fotograficznego dawno minęły. Po entuzjazmie internautów szybko przekonał się, że można to spieniężyć. Zdjęć w filmie uświadczymy parę, pomimo że w kilku ujęciach pokazuje się nam pokój, wypełniony pudłami, a one wypełnione negatywami. 150 000, dobrze pamiętam? Załóżmy, że tylko trzecia część się nadaje do prezentacji. To daje 50 000 zdjęć, a każde z nich to małe dzieło sztuki. Johnie, trafiłeś na kurę znoszącą złote jaja i nie zabiłeś jej robiąc ten film. Gratuluje, znasz się na rzeczy. A film to świetny materiał promocyjny, szczególnie jeśli będzie zamaskowany biografią autorki. Podejrzewam, że aby zobaczyć więcej zdjęć, musimy zapłacić za bilet wstępu do którejś z galerii wystawiających jej prace. Możemy je też kupić. Tim Roth kupił, a to przecież znana twarz, która oczywiście pojawia się w filmie.

Historia Vivian opowiedziana jest przy okazji. Przede wszystkim oglądamy Johna i słuchamy argumentacji na temat jego szlachetnych pobudek w pośmiertnej promocji tej artystki. Publiczne rozgrzeszenie daje sobie sam, pokazując wypowiedzi uniewinniające. „Negatywy są twoje, ty na nie trafiłeś”, „te zdjęcia są wspaniałe, dobrze, że ujrzały światło dzienne”, „myślę, że Vivian właśnie tego by chciała” – aby na jej zdjęciach zarabiał ktoś inny już po jej śmierci. „Sława by ją przytłoczyła, współczesne media są bezlitosne” (cytuję z pamięci). Możemy się tylko cieszyć, że kobieta z zaburzeniami psychicznymi, żyjąca w biedzie, umarła w samotności, bo teraz jej zdjęcia, ze wspaniałym poczuciem tragedii ludzkiej, cieszą oko ludzi, którzy latem noszą szalik.

Ale dosyć szkalowania reżysera, ileż można narzekać. Film zaczyna się od samych superlatyw. Zachwyty nad zdjęciami, pozytywne reakcje targetu, próbka na skosztowanie i  my też już jesteśmy podekscytowani. Wtedy, jak grom z jasnego nieba, spada na nas informacja o ciemnej stronie artystki. Nagle jej osoba staje się atrakcyjniejsza. Lubimy przecież persony nietuzinkowe, a sadystyczna niania o artystycznej duszy, do tego udająca Francuzkę, brzmi idealnie. Szkoda tylko, że na tym motywie historia się kończy. Zamiast zapewnić kontrapunkt dla mrocznej rzeczywistości skrzywionych psychik i drugich den zostajemy ze wspomnieniem genialnej artystki, ale przykrej osoby.

Może to obraz prawdziwy? Moim zdaniem nie ma to znaczenia. Tak jak fotografia Vivian Maier jest do bólu prawdziwa, ale mimo wszystko piękna – ładnym gestem, żeby nie powiedzieć wdzięcznym, byłoby szczęśliwsze zakończenie. Wielu artystów cierpiało na choroby psychiczne i w prywatnym życiu były nie do zniesienia, ale nie powinno to rzutować na odbiór ich twórczości. Tutaj, w filmie, w którym poznajemy fotografkę, dowiadujemy się od razu mrocznych sekretów z jej życia. I nie można pozbyć się złego wrażenia po wyjściu z kina, pomimo tak wspaniałej spuścizny.

Sama konstrukcja dzieła nie pozwala sobie nic zarzucić. Nosi znamiona produkcji Youtubowej, czyli trzymającej się nowych, czasem tandetnych trendów i o widocznie ograniczonego budżetu. Jednak autor odrobił pracę domową i dzięki temu w filmie wypowiadają się znawcy sztuki, psycholog, a także osoby pamiętające Vivian. Dotarł nawet do człowieka, która mieszkał w jej sąsiedztwie. Wszyscy mają coś ciekawego do powiedzenia, więc nie sposób się nudzić. Nakład pracy włożony w śledztwo i produkcję powinien rekompensować wszelkie braki. Nie można ująć reżyserowi, że jest człowiekiem bystrym i pomimo traktowania fotografii i filmowania jako hobby, stworzył kawał dobrego kina dokumentalnego.

Koniec końców, film inspiruje i napawa wiarą w ludzi. Dlaczego? Ponieważ tak trafnego zrozumienia nieszczęścia u fotografa nigdy nie widziałem. Sztuką wiele można zdziałać – oprócz zarobku może motywować do dobrodusznego działania, albo być przestrogą. Oglądanie smutnych obrazów zawsze wywołuje uczucie trwające dłużej i silniej, zawierając potencjał silniejszego rezonansu, a to bodaj najsilniejsza broń artysty. Zaiste dobrze stało się, Johnie Maloofie, że zdjęcia ujrzały światło dzienne, a sam dokument jest całkiem przyzwoity. Sztama na zgodę.

(Visited 10 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>