Adrian Kaczyński

Synu, synu, cóżeś ty uczynił? / My Son, My Son, What Have Ye Done (Werner Herzog, 2009)

Synu, synu, cóżeś ty uczynił? / My Son, My Son, What Have Ye Done (Werner Herzog, 2009)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Nie wiedzieć czemu nazwisko Herzoga zawsze kojarzyło mi się z dokumentami, mimo że w swojej filmografii ma wiele różnych gatunków filmowych i tak naprawdę ciężko go jednoznacznie zaszufladkować. „Synu, synu, cóżeś ty uczynił?”, które przyciągnęło mnie postacią genialnego Michaela Shannona, dobitnie mi o tym przypomniało i po tym seansie zamierzam zagłębić się w jego filmografię. Tylko która to już filmografia, z którą zamierzam się zapoznać i skąd na to wszystko wziąć czas? Ach te dylematy KinoKonesera…

Herzog upodobał sobie dziwacznych, często na pograniczu szaleństwa bohaterów. Nie inaczej jest w „Synu, synu, cóżeś ty uczynił?”, gdzie Brad McCullum (Michael Shannon) ma skomplikowane i podejrzane relacje z matką. Metamorfoza jaką przeszedł podczas peruwiańskiej eskapady zmieniła jego świat i sprawiła, że tolerancja i cierpliwość do matki skończyła się, więc dokonuje wyroku… szablą, niczym mitologiczny Orestes. Opowieść ta ponoć nawiązuje do autentycznego morderstwa.

Synu, synu, cóżeś ty uczynił?” to porządne wernerowskie dzieło w polewie bardzo lynchowskiej, z wyczuwalnymi oparami komedii i absurdu. W tym filmie (na szczęście) to dokumentalne, chłodne oko Herzoga relacjonujące wydarzenia góruje zdecydowanie nad zagmatwanymi i nierealnymi zapożyczeniami od Lyncha, które tej bardzo prawdopodobnej opowieści odbierają autentyczności, ale w zamian potęgują klimat obłędu – niespiesznie prowadzona fabuła, długie kadrowanie i świetne ujęcia, dziwnie nasycone barwy sprawiają, że można poczuć się zahipnotyzowanym, a ta specyficzna atmosfera gęstnieje wraz z kolejnymi minutami seansu.

Z pewnością „Synu, synu…” ma w sobie dziwny magnes, który potrafi utrzymać przy ekranie do ostatniej sekundy, mimo że akcja nie jest porywająca, a wszystko co mogłoby być ciekawe jest w zasadzie jasne już od początku projekcji. Swoje robią też kreacje aktorskie. Willem Dafoe, Chloë Sevigny i przede wszystkim Michael Shannon są w najwyższej formie. Ten ostatni, mimo że jego postaci wydają się w każdym filmie niemal identyczne, stał się moim aktorskim ulubieńcem, jakkolwiek gejowsko to brzmi ;).

(Visited 11 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>