Karol Janusz

Straż przyboczna / Yôjinbô (Akira Kurosawa, 1961)

Straż przyboczna / Yôjinbô (Akira Kurosawa, 1961)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Twórczość Akiry Kurosawy, reżysera wymienianego jednym tchem obok tak znakomitych twórców jak choćby Bergman i Fellini, mimo całej swej świetności, jest raczej słabo znana dla szerszej filmowej społeczności. Wspomniana znajomość zazwyczaj kończy się na osławionych „Siedmiu Samurajach” i ewentualnie głośnym „Rashomonie”. Twierdząc, iż przytoczone wcześniej tytuły są swego rodzaju powierzchowną, ale trafną prezentacją całego spectrum możliwości Kurosawy, okazuje się, że mijamy się z prawdą. Oczywiście japoński twórca to uznany mistrz filmowej estetyki, fenomenalny kreator zawiłej fabuły i osoba poruszająca w swoich produkcjach szereg egzystencjalnych dylematów.

Poznając „Siedmiu Samurajów” oraz „Rashomon”, na pewno zaznajomimy się ze specyficznym stylem, którym raczy nas nieżyjący już reżyser, a nasza wiedza o jego twórczości będzie może nawet więcej niż tylko podstawowa. Jednakże całej gamy tego, co ma do zaoferowania w swoim warsztacie filmowym Akira Kurosawa jeszcze nie poznamy, a trzeba podkreślić, iż potrafił on bardzo mocno zaskakiwać krytyków filmowych.

Oto poważany już reżyser, znany ze swojego raczej ambitnego kina, decyduje się stworzyć bardzo specyficzną hybrydę. Okazuje się, że Kurosawę można uznać (obok wielu innych, bardziej kojarzonych z tym reżyserem zalet) za twórcę nowatorskiego i eksperymentalnego – był on reżyserem wciąż poszukującym, nie myślącym o spoczywaniu na laurach i powielaniu schematów, które zapewniły mu sławę. Mówiąc o hybrydzie, mam na myśli powstały w 1961 roku film pt. „Straż Przyboczna”, który bardzo szybko zyskał przychylność widzów i krytyków.

Synkretyczny twór, który proponuje nam Kurosawa, jest szczególnie jak na swoje czasy produktem naprawdę oryginalnym. W końcu rzadko zdarza się, abyśmy mieli do czynienia z połączeniem czasów XIX wiecznej Japonii, z konwencją westernu sensu stricto, z charakterystycznym dla Kurosawy artyzmem i wyrafinowaną estetyką, a do tego całością przyprawioną delikatną nutką refleksji (mimo pozornie jedynie rozrywkowego charakteru tej produkcji). Nierealne żeby takie połączenie dało klarowny, przejrzysty i co najważniejsze – nienaciągany ostateczny efekt? Okazuje się że jest to jak najbardziej możliwe, a dowodem tego jest właśnie „Straż Przyboczna”.

jumbo

Akira Kurosawa nigdy nie ukrywał fascynacji westernowymi produkcjami, które wyszły spod ręki Johna Forda, dlatego zdecydował się, jak gdyby w hołdzie dla amerykańskiego reżysera, nakręcić „Straż Przyboczną”. Mimo że pierwiastki konwencji westernowej można dostrzec już w „Siedmiu Samurajach”, to tym razem cały zabieg przybiera zdecydowanie bardziej krystaliczny wyraz, a właściwie definiuje opisywaną produkcję. Pomieszanie konwencji jidai-geki (kina samurajskiego) z westernem staje się już przejrzyste i widoczne od samego początku seansu.

Na pewno spory wpływ na ten stan rzeczy ma wprowadzona przez Kurosawę solidna dawka czarnego humoru, która jest raczej odległa produkcjom utrzymanym w nurcie jidai-geki, który sam w sobie charakteryzuje się dużą dawką powagi, dystyngowania oraz swego rodzaju dostojeństwa. Ciekawie sprawa wygląda z nowatorską ścieżką dźwiękową, której specyfika bardziej odpowiada filmowi gangsterskiemu, jednak tworzy integralną i spójną całość z resztą produkcji . Nakreślony krótko zabieg stylistycznego wymieszania był ryzykowny, ale końcowy efekt jest fenomenalny, co tylko udowadnia jak inteligentnym reżyserem był Akira Kurosawa.

I tak oto, do małego i pełnego bezprawia miasteczka, które jest uwikłane w niekończącą się wojnę pomiędzy dwoma zwaśnionymi klanami, przybywa nikomu nieznany ronin Sanjuro Kuwabatake. Szybko orientuje się, że ma niepowtarzalną okazję na pokaźne wzbogacenie się i zaczyna oferować obydwu szajkom swoje usługi. Jednak akcja bardzo szybko się komplikuje, gdy dowiadujemy się, że główny bohater ma zamiar poprowadzić bardzo ryzykowną i podstępną grę – skutecznie podsyca obydwa gangi do stopniowego wyniszczania się, a sam jedynie czeka.

Odtwórcą głównej roli jest ulubiony aktor japońskiego reżysera, wyróżniający się w swoich kreacjach sporą charyzmą oraz urokliwą dozą szaleństwa i nonszalancji. Chodzi oczywiście o Toshiro Mifune, który po raz kolejny pokazuje pełnie swojego warsztatu aktorskiego. Mifune świetnie pasował do odtworzenia roli Sanjuro, cynicznego i nieobliczalnego ronina, dla którego jedynym celem determinującym wszystkie jego działania są pieniądze i możliwość szybkiego powiększenia swojego kapitału. Dwa zwaśnione klany, które zabiegają o jego szermiercze umiejętności to doskonała okazja do osiągnięcia wspomnianych aspiracji. Dzięki japońskiemu aktorowi mamy okazję podziwiać na ekranie postać wyrazistą, delikatnie przerysowaną, ale wbrew pozorom oryginalną, chociaż mój pobieżny opis może tego nie dowodzić.

urlrr

Należy jednak podkreślić, że to właśnie Mifune tchnął w Sanjuro ciężką do określenia specyfikę, która sprawia, że odgrywana postać skupia na sobie naszą uwagę i na pewno pozostanie nam w pamięci po zakończeniu filmu. Zresztą sam wizerunek Sanjuro jest klarownym nawiązaniem do już mocno wyeksploatowanej konwencji bohatera westernowego, co w pewnym stopniu mogłoby ujmować mu oryginalności i tylko powielać wspomniany schemat. Jednak Toshiro Mifune niejednokrotnie już udowadniał, że aktorem jest świetnym i tym razem po raz kolejny potwierdza swoje sceniczne umiejętności.

Straż Przyboczna” to dzieło mocno odbiegające od pozostałych filmów japońskiego mistrza, ze względu na swój mocno rozrywkowy charakter. Jednak Kurosawa nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził pewnych filozoficznych rozważań, które jak w większości jego filmów, są nakierowane na człowieka, a szczególnie mocno interesuje go etyczny wymiar egzystencji. Reżyser skupił się na odkrywaniu ciemniejszej strony ludzkiej natury, ale robi to w sposób subtelny i wyrafinowany. Mało kto posiadał tak genialny zmysł i wyczucie w podejmowaniu na ekranie egzystencjalnych rozważań jak Akira Kurosawa. Tym razem poprzeczkę sam reżyser postawił sobie bardzo wysoko (ze względu na eksperymentalną konwencję), a jednak udało mu się osiągnąć zamierzony cel. „Straż Przyboczna” to wciąż po pierwsze wciągająca historia sensacyjna, jednak nie tylko warstwa fabularna jest osią tworzącą ostateczny obraz, który podlega ocenie widza.

Warto spojrzeć na sam ironiczny tytuł, który przywodzi na myśl ludzi najbardziej zaufanych danemu władcy i gotowych bronić go nawet za cenę własnego życia. Jednak zamiast zasugerowanej etyki maksymalizmu heroicznego, na pierwszy plan wysuwa się daleko posunięta dbałość o własne interesy oraz jaskrawo widoczny egoizm poszczególnych bohaterów filmu. Dopełniając zasygnalizowaną problematykę trzeba wspomnieć o wysokim prestiżu wspomnianej formacji, jakim była ona otoczona przez ludność w czasach feudalnej Japonii. Możliwe, że w ten sposób Kurosawa chce zwrócić uwagę na zanik pewnych wartości, które kiedyś były uważane za podstawowe, a teraz stały się symbolem przeżytku i zwykłej niepraktycznej naiwności.

Wiekowy kodeks bushido, a także często opiewany w kulturze japońskiej ideał samurajskiego honoru oraz prawości, po prostu nie wytrzymały konfrontacji z nowymi realiami. Aksjologiczna diagnoza Kurosawy jest pesymistyczna, a źródłem wspomnianej desakralizacji wartości jest sam człowiek.

yojimbo1

Jeśli chodzi o bardziej techniczne kwestie, to także jest o czym pisać. Walki, których w filmie jest sporo, są prawdziwą ucztą dla oka i każdy fan kina samurajskiego powinien być w pełni zachwycony efektownymi starciami. Na sporą uwagę zasługuje wspomniana już wcześniej ścieżka dźwiękowa, której autorem jest Masaru Sato. Ma ona bardzo duże znaczenie do wyeksponowania zamierzonego przez Kurosawę zabiegu gry konwencjami. Kompozycje są bardzo nowoczesne, a jednak perfekcyjnie pasują do filmu. Na pewno każdy zapamięta finałową scenę walki, której towarzyszy złowieszcza i nastrojowa perkusja, sugerująca nieuchronne nadejście ostatecznego krwawego rozwiązania. Podobnych momentów w samym filmie jest dużo więcej.

Kolejnym aspektem, który także ma spory wpływ na udane pomieszanie jidai-geki z kinem westernowym, są zdjęcia. Odpowiada za nie Kazuo Miyagawa, a ich charakter od razu przynosi na myśl specyfikę, którą mamy okazję podziwiać w westernach i są nieodłączną częścią tego gatunku. Podsumowując, obok tak ciekawej kinowej hybrydy nie sposób przejść obojętnie. „Straż Przyboczna” to obraz kompletny i wyrafinowany także w warstwie technicznej, a wszystkie zabiegi mają swój konkretny cel (coś, czego we współczesnym kinie bardzo często brakuje) i są poprowadzone z ogromną precyzją.

Na koniec w formie ciekawostki warto wspomnieć o jeszcze jednej rzeczy. Na pewno spora część osób oglądała film Sergio Leone pt. „Za garść dolarów”. Jest to oczywiście remake filmu Kurosawy, a że został nakręcony bez zgody japońskiego reżysera, sprawa trafiła na wokandę. Proces w sądzie wygrał Kurosawa i dostał z tego tytułu wysokie odszkodowanie. Jak widać dzieło japońskiego reżysera stało się inspiracją (a właściwie powodem do popełnienia plagiatu) dla jednego z niekwestionowanych mistrzów westernów, co jest kolejnym mocnym argumentem poświadczającym kinową rangę „Straży Przybocznej”.

Oczywiście na zakończenie jeszcze raz gorąco polecam ten film, szczególnie każdemu kto ma ochotę na filmowy powiew świeżości. Paradoksalnie, aby zażyć tego przyjemnego uczucia, co raz częściej trzeba sięgać wstecz i przekopywać mocno zapomniane tytuły. Wydaje mi się, że każdy kto jednak zdecyduje się na tę filmową podróż w czasie i sięgnie po wariancję jaką jest opisywane dzieło Kurosawy, na pewno się nie zawiedzie.

(Yôjinbô, 1961 (Yôjinbô, 1961 a (Yôjinbô, 1961 aa

(Visited 54 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>