Agata Malinowska

Solomon Kane: Pogromca zła / Solomon Kane (Michael J. Bassett, 2009)

Solomon Kane: Pogromca zła / Solomon Kane (Michael J. Bassett, 2009)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Dawno temu w bibliotekach i na półkach księgarń pojawiły się czarno oprawne tomy, które przyciągały takich jak ja małych chłopaków z ogromną siłą. Roiło się w nich od bitew! tajemniczych pałaców! magii! pojedynków na miecze! i skąpo ubranych pięknych kobiet. Było to kompletne wydanie opowiadań amerykańskiego klasyka literatury drugorzędnej, Roberta E. Howarda. Oczywiście bohaterem większości utworów był niezniszczalny Conan Barbarzyńca. Ale trafiły się i dwa tomiki poświęcone ponuremu wagabundzie-purytaninowi imieniem Solomon. Solomon Kane.

Nie można niestety powiedzieć, by Howard poświęcił tej postaci wiele uwagi i talentu. Solomon figuruje w zaledwie kilku skończonych opowiadaniach, z których (w mojej opinii) tylko jedno jest opowiadaniem wspaniałym. A jednak gdy dały się słyszeć plotki, jakoby ktoś gdzieś smażył film o przygodach Solomona Kane, natychmiast zabrałam się za zbieranie informacji, kto, gdzie i czy to prawda. Z dwóch istotnych przyczyn.

Po pierwsze, opowiadania o Solomonie Kane charakteryzuje rozkoszny eklektyzm – XVI-wieczny purytanin, będący bratem krwi afrykańskiego czarownika, walczy ze złem na Czarnym Lądzie. Jest tu sporo magii, zamiast miecza pojawia się jednak rapier, a niekiedy i muszkiet. Jeśli zaś znudzi nam się Afryka i jej dzikie plemiona, zawsze możemy wrócić na Wyspy, by stoczyć z kimś cywilizowany, racjonalny pojedynek. Solomon Kane to prekursor angielskich odkrywców, którzy pewnego dnia wyruszą do dżungli, by później wieszać na ścianach swych dworków zdobyczne osobliwości. Wówczas Afryka będzie już tylko kolejnym polem naukowych wypraw. Gdy pojawia się tam Kane, wciąż jest to tajemnicza ziemia, pulsująca pierwotną energią i niechętna białemu człowiekowi. Może się tam zdarzyć dosłownie wszystko. Świat Solomona Kane, zaledwie naszkicowany przez autora, jest gotów na każdy, dowolnie ekstrawagancki scenariusz. To potencjał, który w dobrych rękach może zaprocentować.

Po drugie, sama postać Kane’a zaprocentować po prostu musi, gdyż tak została stworzona. Solomon Kane to świetny wojownik, niespokojny duch, zawzięty, mściwy, a chwilami i nieobliczalny – który swoje złe skłonności trzyma w ryzach żelaznej religijnej dyscypliny. Jest więc szarmancki wobec dam niczym średniowieczny błędny rycerz, ale jest też twardzielem i awanturnikiem, który nie potrafi żyć bez krwawych przygód. Chociaż wychował się w cywilizowanym kraju i wyznaje cywilizowaną religię, zachował nieco dzikości, która napędza jego krucjatę przeciwko złu. Dodajmy do tego niezmiennie czarny strój i szerokoskrzydły ciemny kapelusz, spod którego tak dobrze rzuca się mroczne spojrzenia – a będziemy mieć bohatera, z którym przeżyjemy niejedno.

Zasiadamy zatem przed ekranem, nonszalancko zarzucając połami ciemnego płaszcza i dla wygody wyjmując nóż z cholewy, by zobaczyć, że… Solomon Kane jest piratem. Co prawda wyjątkowo wrednym, ale jednak zupełnie zwyczajnym, bezideowym piratem, który w czasie jednej z łupieżczych wypraw spotyka pomiot diabelski. Tenże pomiot oznajmia Solomonowi, że czeka już na niego miejsce w piekle. Kane, ma się rozumieć, nie jest zachwycony. Ucieka więc, szuka schronienia w klasztorze i postanawia prowadzić pacyfistyczny tryb życia. Dla odmiany mamy teraz do czynienia z mnichem. Zaczynamy się nieco irytować, jednak okazuje się, że nasz rozbójnik musi opuścić swój azyl i ruszyć w drogę, najeżoną przygodami, które niestety muszą obejmować zabijanie ludzi.

W tym momencie możemy już sobie pozwolić na westchnienie ulgi, staje się bowiem jasne, że scenariusz do „Solomona Kane” to po prostu origin story. Możemy liczyć na to, że po licznych duchowych przemianach Kane stanie się wreszcie tym, kim powinien – religijnym wojownikiem.

Niby wszystko w porządku – ostatecznie mało kto dzisiaj słyszał o Solomonie Kane i miło byłoby go przedstawić. Ale jednak jest to dokładnie taki typ opowieści, którego Robert E. Howard raczej by nie napisał. Cykle howardowskich opowiadań przypominają trochę gry role playing. Postaci mają określone właściwości, które mogą rozwinąć, mogą zdobyć doświadczenie i magiczne artefakty – ale nie mogą naprawdę się zmienić. To, kim jest Kane, wynika z jego charakteru, będącego przedziwną mieszanką dzikości i idealizmu. Ten rys niewinności, jakkolwiek u kogoś takiego dziwny, czyni go postacią bliską czytelnikowi. Trudno sobie wyobrazić, by Kane mógł być kiedyś cynicznym rabusiem lub tchórzem, który z lęku o własne dobro pozwala, by na jego oczach mordowano dzieci. Filmowy Solomon Kane jest po prostu wrednym draniem, który próbuje odzyskać duszę – mimo kilku prób ocieplenia jego wizerunku, nie sposób go jakoś specjalnie polubić.

Niestety reżyserowi ani odtwórcy głównej roli nie udało się też sprawić, bym obdarzyła Kane’a choćby niechętnym podziwem. James Purefoy, żylasty, nie ogolony i ubrany w efektowny kostium, wydaje się być na swoim miejscu, póki nie zacznie roztaczać przed nami swego aktorskiego talentu. Nie potrafię w żaden sposób wytłumaczyć, dlaczego do licha Michael J. Bassett zatrudnił tego człowieka, skoro lepszą ekspresję można uzyskać nawet od stołowej nogi (a za to dużo taniej). Odradzam mu tylko robienie tego ponownie, chyba że ma ochotę zamordować swój kolejny film.

Na koniec zachowałam nieco słodyczy, bo faktycznie to i owo warto w tym filmie docenić. „Solomon Kane”, choć osadzony w Anglii, nie w Afryce, stanowi dobrą ilustrację howardowskiej estetyki. Nie ma tu żartów, atmosfera jest raczej ponura i nacechowana aurą zła. Kostiumy są efektowne, ale pozbawione szkodliwej przesady, zaś aranżacja walk na miecze – surowa i realistyczna. Starannie przygotowana scenografia i przemyślana kolorystyka (czerwienie i złoto lub szarości i błękity) cieszą oko i pozostaje tylko życzyć sobie, by tyle samo uwagi poświęcono scenariuszowi.

Solomon Kane”, jeśli odniesie finansowy sukces, ma się stać pierwszą częścią trylogii. Pozwala to mieć nadzieję, że zobaczymy jeszcze na ekranie coś lepszego – o ile reżyser zechce nauczyć się czegoś na błędach. Wyglądam jej z pewnością bardziej niecierpliwie niż nowego filmu o Conanie, który, jak wieść niesie, ma się pojawić w przyszłym roku. Najwyraźniej z Solomona Kane jeszcze nie wyrosłam.


Solomon Kane Pogromca zła (Solomon Kane, 2009), reż. Michael J. Bassett s Solomon Kane Pogromca zła (Solomon Kane, 2009), reż. Michael J. Bassett aSolomon Kane Pogromca zła (Solomon Kane, 2009), reż. Michael J. Bassett aaa

(Visited 22 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>