Skyfall (Sam Mendes, 2012) | Kinetoskop - recenzje, artykuły filmowe
 Mariusz Czernic

Skyfall (Sam Mendes, 2012)

Skyfall (Sam Mendes, 2012)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Gdy Ian Fleming sprzedał producentom filmowym prawa do wymyślonej przez siebie postaci Jamesa Bonda nie mógł przypuszczać, że to początek długiej 50-letniej popularności tego niezawodnego agenta. Fleming zmarł w roku 1964 i nawet nie dowiedział się, że stworzył postać, która okazała się prawdziwą żyłą złota, przyciągającą do kin miliony widzów i to przez pół wieku. O pozostałych szpiegach z podwójnymi zerami ślad jakby zaginął, ale dla Bonda numer 007 okazał się szczęśliwy. Bond przeżył burzliwy okres zimnej wojny i wcale nie myśli o porzuceniu czynnej służby dla Anglii, polegającej na pracy w terenie, ciągłym narażaniu życia i likwidacji szubrawców, jacy panoszą się niemal w każdym zakątku świata. Tym razem ma do czynienia z wyjątkowym świrem, który swoim wyrafinowaniem i nikczemnością bije na głowę poprzednich antagonistów brytyjskiego agenta, ale podobnie jak większość dawnych wrogów Bonda ma nieangielskie rysy twarzy, które nadają mu demoniczny wygląd.

Skyfall zaczyna się od mocnego uderzenia. James Bond z wypisaną na twarzy determinacją bierze udział w brawurowej akcji, mającej na celu schwytanie przestępcy. Jego szefowa M wydaje polecenia zza biurka, ale mimo jej doświadczenia i legendarnej skuteczności jej najlepszego agenta akcja nie kończy się zgodnie z planem. Nie widząc jaka jest sytuacja M zmuszona jest szybko podejmować decyzje, które nie zawsze okazują się słuszne. Od tych decyzji zależy nie tylko jej przyszłość, ale też życie agentów, którzy dla niej pracują. Z poprzednich filmów można było wywnioskować, że Bond jest jej ulubieńcem i najbardziej zaufanym szpiclem, jednak cały czas zdaje sobie sprawę z tego, że jest on tylko pionkiem, którego można poświęcić.

Mimo pozornej przewidywalności jaka cechuje kino akcji firmowane cyfrą 007, Skyfall okazuje się filmem zaskakującym i przewrotnym. Film Sama Mendesa pełen jest sarkastycznych, autoironicznych cytatów, które fanów cyklu powinny rozbawić i wzbudzić nostalgię za dawnym wizerunkiem szpiega Jej Królewskiej Mości. Bo Sam Mendes nie parodiuje agenta z licencją na zabijanie, lecz składa mu hołd oraz wyraża uznanie i szacunek, na jakie zasługuje ten jedyny w swoim rodzaju bohater. Tak jak zgryźliwe utarczki słowne Bonda z szefową M nie wynikają ze złośliwości czy nienawiści, tak również ironiczne uwagi związane z 50-letnią działalnością komandora wywiadu MI6 nie mają na celu wyśmiania dawnych metod, lecz pokazują, że bez nich Bond nie byłby tym, kim jest obecnie – ikoną kina oraz symbolem skuteczności, męstwa, poświęcenia i zaufania.

Bond wraz z wiekiem traci możliwość zabawy bajeranckimi gadżetami i podobnie jak wDoktorze No, pierwszym filmie serii, jego szpiegowskie wyposażenie jest bardzo skromne – nie otrzymuje zegarka z laserem, wypełnionej bajerami walizki, eksplodującego długopisu, ani nawet nowego samochodu. Ale zrobi użytek z Astona Martina DB5 z Goldfingera (z pamiętną katapultą w siedzeniu). Auto, które tak wiele lat mu służyło nie może zbyt długo stać zakurzone w garażu i wkrótce wyjedzie na ulice, by raz jeszcze uratować Jamesowi życie. Bond z wiekiem stracił także ochotę do romansów, dwie młode i ładne dziewczyny, które poznaje schodzą u niego na dalszy plan, natomiast na plan pierwszy wysuwa się twarda i zdecydowana zwierzchniczka o kryptonimie M (jak Matka). Daniel Craig i Judi Dench tworzą tu więc zaskakujący duet i chociaż M pracuje z Bondem już wiele lat, dopiero teraz zaczynają się nawzajem poznawać – dawniej łączyła ich tylko praca, teraz ujawniają się relacje typu matka-syn.

Każdy element filmowego widowiska spełnia tu określone zadanie i stoi na naprawdę wysokim poziomie. Sceny akcji są przejrzyste i solidnie wykonane, nie ma w nich chaosu jaki cechuje wiele współczesnych filmów sensacyjnych. Nie podejrzewałem Mendesa o to, że ze scenami akcji potrafi sobie radzić tak samo dobrze jak ze scenami dialogowymi. Reżyser, jak na twórcę teatralnego przystało, umie także doskonale poprowadzić aktorów, by ich role czymś się wyróżniały i nie wypadły zbyt szybko z pamięci widzów. Judi Dench, która z Samem Mendesem pracowała wcześniej przy sztukach teatralnych, stworzyła wielowymiarową kreację doświadczonej kobiety, pragnącej godnie zakończyć długoletnią działalność w agencji wywiadowczej.

Daniel Craig w roli superszpiega jest cyniczny i zgryźliwy, lecz pełen wiary w słuszność podejmowanych działań. Wiele razy przekonał się, że nikomu nie należy ufać, ale gdy jego szefowa zaczyna go okłamywać staje się osobą jeszcze bardziej szorstką, pełną wątpliwości i dylematów moralnych. Zdaje sobie sprawę, że jest pozbawionym własnej woli pionkiem, a urzędujący w biurach służbiści mogą go w każdej chwili usunąć. Staje się bardziej ludzki, choć nadal jego priorytetem jest schwytanie i zabicie wrogów imperium brytyjskiego. W trakcie akcji skupia się wyłącznie na wykonaniu zadania i nie wskakuje przy okazji kobietom do łóżek, co czyni z niego prawdziwego agenta, a nie kobieciarza, który szpiegowską misję traktuje jak rozrywkę zamiast jak ciężką i odpowiedzialną pracę. To pełnokrwista postać, znacznie bardziej dojrzała i nieprzewidywalna niż agent 007 z dawno minionych zimnowojennych czasów.

Obsada raczej nie zawodzi, chociaż mam wrażenie, że Javier Bardem przekombinował i swoją postać poprowadził trochę za daleko, przekraczając normy i granice. Z drugiej strony gra totalnego świra (wzbogaconego jednak o ciekawe motywacje), a jego nadmierna ekspresja aktorska jest sugestywna, mocno przemawiająca do widzów. Charakterystyczne elementy cyklu czyli piosenka z czołówki i animacje z tejże czołówki wypadły znakomicie. Muzyka Thomasa Newmana, pulsująca i rytmiczna jak bicie serca, robi ogromne wrażenie, a zdjęcia Rogera Deakinsa, ujęcia Turcji, Szanghaju, Makau i Szkocji wyglądają imponująco – aż chciałoby się pojechać do tych miejsc. Skyfall to także majstersztyk pod względem fabularnym, bondowskie motywy typu „żyje się tylko dwa razy”, prezent od Q, który należy zwrócić w nienaruszonym stanie, przejażdżka Astonem Martinem itp. genialnie połączono ze świeżym spojrzeniem na postać Jamesa Bonda.

Tak więc, podsumowując, James Bond powrócił w wielkim stylu, a jego przygody nabrały właściwy kierunek, dzięki czemu nadal, jak za dawnych lat, czeka się z niecierpliwością na kolejny film serii. I jeśli Sam Mendes oraz duet Neal Purvis & Robert Wade wrócą na swoje stanowiska, by nadal kierować losem agenta 007 jest duża szansa, że zaczyna się nowy, arcyciekawy i pełen emocji, rozdział w karierze superszpiega w tajnej służbie Jej Królewskiej Mości. Skyfall to według mnie najlepszy film serii, bo obok rewelacyjnych scen akcji i efektownych przygód w ciekawych zakątkach świata zawiera także sporą dawkę autoironicznego humoru, a oprócz tego reżyser wykorzystał tę ekscytującą opowieść do głębszych refleksji i rozbudowania postaci, by nabrały one więcej ludzkich cech i nie były tylko maszynami służącymi do wykonywania określonych czynności.

Skyfall (Sam Mendes, 2012) a Skyfall (Sam Mendes, 2012)Skyfall (Sam Mendes, 2012) aaa

(Visited 23 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>