Agata Malinowska

Siódmy kontynent / Der Siebente Kontinent (Michael Haneke, 1989)

Siódmy kontynent / Der Siebente Kontinent (Michael Haneke, 1989)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Należy uczyć się od mistrzów – Michael Haneke, jak Dostojewski, temat znalazł w gazecie. „Siódmy kontynent” to wariacja na temat autentycznego zbiorowego samobójstwa pewnej austriackiej rodziny. Wariacja surowa i nieprzyjemna. I tajemnicza, gdyż już w swoim kinowym debiucie Haneke rozpoczął konsekwentnie później realizowaną politykę nie udzielania widzowi wyjaśnień.

Posadzeni na tylnym siedzeniu samochodu, wraz z Anną, Georgiem i małą Evą wyjeżdżamy z myjni samochodowej. Odtąd będziemy ich podglądać, miotając się między znudzeniem a chorą fascynacją. Ich życie to jałowy taniec codziennych czynności, parzenie kawy, prowadzenie samochodu, obsługiwanie przedmiotów. To przedmioty znajdują się w centrum kadrów, to na nich koncentruje się uwaga widza, tak jakby talerze z zupą i paczki z żywnością były osią akcji. Kluczem do „Siódmego kontynentu” nie są czasowniki w formie osobowej – Georg prowadzi samochód – lecz imiesłowy – samochód jest prowadzony. Spokojne, syte, monotonne życie klasy średniej to więzienie pralki i lodówki, telewizora i budzika. Więzienie, z którego nie ma dokąd uciekać.

A zresztą nawet gdyby uciec – to po co? Duchowość bohaterów jest równie sterylna jak ich życie i nie sposób uciec od wniosku, że tłuczenie się między pracą a domem to jedyne, na co ich jeszcze stać. Spróchniały w środku ojciec, matka, rozpaczliwie usiłująca podtrzymać rachityczną więź z małą Evą, i chore z samotności dziecko. Ta rodzina, która, jak sugeruje reżyser, może być jakąkolwiek rodziną, to emocjonalne pustkowie. A na pustkowiu trudno jest żyć. Gdy bohaterowie przejeżdżają obok miejsca wypadku drogowego, spoglądając na przykryte plandekami ciała, w ich oczach, poza ciekawością, pojawia się niejasna tęsknota. Czy tęsknią za śmiercią? Śmierć jest jak puste plaże Australii, których obraz pojawia się na reklamie koło samochodowej myjni – tajemnicza i pociągająca. Ta trójka ludzi daje się jej uwieść, widząc w tym być może ostatnią nadzieję na ucieczkę i bunt.

Pewnego dnia rodzina gromadzi się więc na uroczystym posiłku, nareszcie w centrum kadru, razem. Na ich twarzach nieśmiało pojawiają się uśmiechy, jest trochę jak przed Gwiazdką. Już wkrótce dom rozbrzmiewa hukiem tłuczonego szkła, szelestem dartego papieru. Z chrzęstem pękają winylowe płyty, dzwonią żabki od zrywanych firanek. Bohaterowie niszczą metodycznie, starannie, jakby przygotowali się do wyjścia do pracy, odrabiali lekcje, przygotowywali śniadanie. Tak naprawdę nie ma różnicy. Znów wkrada się nuda i fascynacja. Rodzina, pogrążając się z orgii zniszczenia, zapada ponownie w niewolę przedmiotów, które trzeba przecież gruntownie zmasakrować, potłuc, podrzeć i pociąć. Tylko śmierć ryb z akwarium, w całej swojej dosłowności, wyrywa z ust dziewczynki rozdzierający krzyk – właśnie przecięto ostatni emocjonalny węzeł, który trzymał ją na tym świecie. Podobny krzyk wyda potem matka, trzymając w ramionach martwe ciało dziecka. Samobójstwo ojca będzie desperacko systematyczne, beznamiętne. To on napisał w liście do rodziców, że śmierć to najlepsze wyjście.

Siódmy kontynent” to film beznamiętny, choć wzbudza emocje. Formalnie surowszy od wizualnie wymuskanej „Białej wstążki” czy „Ukrytego”, epatuje siermiężną codzienną rutyną i domowymi ciuchami. Przemyślany w swojej dokumentalności, nie zdradza jednak bezpośrednich przyczyn dramatycznej decyzji bohaterów. Haneke podsuwa nam to krwawe, ciężkostrawne danie, by nas przerazić i zaniepokoić, a przyczyny tylko w tym przeszkadzają. To film o nas i o naszym świecie, w którym ludzie – choć najedzeni i ubrani – przeżywają horror samotności, powolną wewnętrzną śmierć. Samobójstwo to tylko dopełnienie, nic nie znacząca puenta dla egzystencji pustej ludzkiej skorupy. Można je skwitować skinieniem aprobaty, jeśli akurat jest się w cynicznym nastroju. Histeryczny płacz Anny, którym nagle wybucha siedząc w samochodzie, wydaje się być reakcją na objawienie tej prawdy. Strach przed śmiercią staje się nagle niczym wobec strachu przed tym, by żyć dalej.

Twórczość Haneke, ten policzek wymierzony mieszkańcom wysoko cywilizowanego świata, istnieje na zasadzie paradoksu. Nie mogłaby rozwinąć się i zakwitnąć bez nich – bez hipokrytów, niewolników konsumpcji, otyłych i zakompleksionych, cierpiących na przedwczesne zmęczenie życiem i umierających młodo na zawały serca. Nie mogłaby istnieć bez egzystencjalnej pustki, zaniku więzi międzyludzkich, rozrywki pełnej bestialstwa, zagłuszanej lekami depresji. Nasze wady i nieuświadomiony pęd do samozniszczenia czynią ją ważną i nadają jej sens. Świadomy pęd do samobiczowania zapełnia kina, przyznaje nagrody za kunszt i precyzję, z jakimi kopie się nas w czułe miejsca – i każe czekać na kolejny film.

Siódmy kontynent  Der Siebente Kontinent (Michael Haneke, 1989)  sSiódmy kontynent  Der Siebente Kontinent (Michael Haneke, 1989)

(Visited 15 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>