Agata Malinowska

Sherlock Holmes (Guy Ritchie, 2009)

Sherlock Holmes (Guy Ritchie, 2009)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Wychodząc z domu na seans „Sherlocka Holmesa” zabrałam, rzecz jasna, cylinder i rękawiczki. Londyński detektyw – mistrz dedukcji i przebieranek, znawca sztuki zapaśniczej baritsu i boksu, a także okazyjny kokainista – był jednym z idoli mojego dzieciństwa. Toteż choć zwiastuny tego filmu, z wiadomą obsadą i reżyserem, budziły we mnie uczucie niebezpiecznie bliskie grozie, zwyciężyła lojalność. I muszę powiedzieć, że została ona nagrodzona, choć może niezupełnie tak, jak się tego spodziewałam. Ekstrawagancki popis Richiego dał mi mnóstwo radości – bawiłam się znacznie lepiej niż na „Avatarze”.

Już od pierwszych scen staje się jasne, że spokojni panowie z Baker Street to zupełnie inna bajka. Ten moment jest właściwy, by odrzucić jakiekolwiek ewentualne stereotypy i oczekiwania, które nie zmarły w konwulsjach po obejrzeniu zwiastunów. Wycyzelowany design, szybki montaż, dialogi bardziej błyskotliwe niż inteligentne, scenariusz pełen bijatyk i magicznych (co do cholery? – myśli czytelnik Conan Doyle’a) rytuałów, dwaj przystojniacy w głównych rolach. Parafrazując Tarantino, to nie ma być film detektywistyczny, to ma być film zajebisty.

Akcję rozpoczyna brutalna bijatyka na miejscu o-mały-włos zbrodni, po której wątki zmierzają do rozwiązania, zanim się jeszcze na dobre rozpoczęły. Złoczyńca, Lord Blackwood, ląduje w więzieniu, potem zaś na szubienicy. Doktor Watson zaręcza się i zamierza porzucić nie tylko wspólne mieszkanie na Baker Street, ale też zwyczaj wspomagania Holmesa w jego działalności. Jak łatwo się domyślić, perspektywa nudy i nieobecności przyjaciela zbytnio detektywa nie cieszy – na szczęście z pomocą przychodzą okoliczności: Lord Blackwood wstaje z grobu (znów: co do cholery?). Śledztwo rozpoczyna się zatem na nowo.

Kiedy posłaniec od inspektora Lestrade przynosi wiadomość o domniemanym zmartwychwstaniu, widz wie już wiele o duecie Holmes-Watson. Nie tylko nie są to klasyczni angielscy dżentelmeni – ich przyjaźń też nie opiera się na całkiem oczywistych zasadach. Holmes to ekscentryk (może nawet wariat) i bałaganiarz, obdarzony błyskotliwym intelektem oraz doskonałą pamięcią, ale nie stroniący od społecznego marginesu i dość impulsywny. W tej parze to Watson stanowi ostoję zdrowego rozsądku, równoważąc niesterowalny geniusz detektywa z chłodnym wdziękiem, nie szczędząc przyjacielowi sarkazmu.

Doktor ma również niewielkie zasoby cierpliwości, żyłkę do hazardu (Holmes przechowuje jego pieniądze) i jako były wojskowy bije się sprawnie i chętnie. Słowem – całkowite przeciwieństwo statecznego, średnio inteligentnego lekarza znanego z książek. Ta dziwaczna wariacja na temat londyńskiego duetu sprawdza się – co zaskakujące – doskonale i stanowi jedną z największych zalet „Sherlocka Holmesa”. Obie postaci są spójne (choć jak dla mnie Holmes za dobrze się ubiera jak na takiego abnegata) i zagrane z nerwem. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że to głównie dzięki nim Ritchie wyszedł z całego przedsięwzięcia bez wielkiego szwanku.

Nie jest to jednak jedyna zaleta filmu – „Sherlock” to również ciekawe zdjęcia w błękitach, złocie i beżach oraz bardzo dobra muzyka. Sporo uwagi poświęcono również kostiumom i projektowaniu różnego rodzaju gadżetów, takich jak pistolet, którym posługuje się pewien tajemniczy profesor. Esteci będą więc ukontentowani.

Jestem zagorzałym wielbicielem opowiadań Artura Conan Doyle’a – dziecięce fascynacje to te, które utrzymują się najdłużej. Mimo to nie odczuwam potrzeby potępiania Ritchiego za szarganie klasyki literatury popularnej, podobnie jak nie odczuwałam oburzenia oglądając zeszłoroczny „Star Trek” (który ponoć też zszargał to i owo). Widocznie nie należę do purystów. Nie tylko rogrzeszam – zapewne wybiorę się na kolejny film o Sherlocku. Jak można wnosić z zakończenia, jest on nieunikniony jak śmierć i podatki.

Sherlock Holmes (Guy Ritchie, 2009)  a Sherlock Holmes (Guy Ritchie, 2009)  aaSherlock Holmes (Guy Ritchie, 2009)  aaa

(Visited 15 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>