Agata Malinowska

Prometeusz / Prometheus (Ridley Scott, 2012)

Prometeusz / Prometheus (Ridley Scott, 2012)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Wszyscy, którzy liczyli na to, że „Prometeusz” ożywi filmowe SF, zawiodą się. Wszyscy, którzy mieli nadzieję, że będzie to wybitny, prowokujący intelektualnie film, również nie będą uradowani. Za to ci, którzy po prostu lubią Ridleya Scotta, który od lat serwuje widzom wizualnie wypieszczone pierdoły, będą w siódmym niebie. Moi drodzy, którzy kochacie Scotta za niegdysiejsze genialne osiągnięcia, przyjmijcie wreszcie do wiadomości, że tego człowieka już nie ma. Kto wie, może podmienili go kosmici.

Kosmici czy Rosjanie, nie ma to zresztą znaczenia – ważne, że „Prometeusz” zaczyna się jak odgrzewany kotlet mielony ze scenariuszy kina klasy C. Oto okazuje się, że wszystkie starożytne cywilizacje, które od wieków służą filmowcom za preteksty do rozpoczęcia głupich fabuł, utrwaliły na swoich malowidłach/freskach/rzeźbach gigantyczne humanoidalne istoty oraz gwiezdne koordynaty. Pod wskazany przez przodków adres udaje się misja naukowa, sponsorowana przez znaną wszystkim korporację Weyland.

Załoga składa się głównie z typów charakterystycznych – mamy między innymi zimną sukę (Charlize Theron), archeolożkę z krzyżykiem na szyi (Noomi Rapace) i jej kochanka-buca, prymitywnego geologa i biologa-kretyna oraz kapitana, który jest wyluzowanym ziomalem. Poczesne miejsce w tej ferajnie zajmuje android David (Michael Fassbender), zbyt doskonały, by mogło to wyjść komukolwiek na dobre, a do tego realizujący jakieś własne, ukryte zamysły. W scenie pierwszego wspólnego zebrania, niebezpiecznie podobnej do tej z „Alien vs Predator”, podany zostaje cel misji – odnalezienie humanoidów, którzy, jak z niewiadomych względów sądzi pani archeolog (imieniem Lisbeth, sorry, Elizabeth), stworzyli życie na Ziemi.

Wszystko w porządku, każdemu wolno czytać Dänikena, a już szczególnie chwalebne są próby empirycznego sprawdzenia, czy miał rację. Statek ląduje więc na samotnej, nieprzyjaznej planecie, na której widnieją tajemnicze budowle skrywające trupy tych, który Elizabeth nazywa Inżynierami. Wkrótce, przy wydatnej pomocy Davida, wszyscy dowiedzą się, co ich zabiło. Ech…

Właśnie David wysuwa się w tym filmie na pierwszy plan. Trudno powiedzieć, czy dzieje się tak za sprawą charyzmatycznego Fassbendera, czy to scenarzyści postanowili dać nam intrygującą postać sztucznego człowieka, który niebezpodstawnie uważa się za lepszego od swoich stwórców i nie waha się cynicznie eksperymentować na ludziach. W kontekście spotkania z Inżynierami mogłaby to być prawdziwa fabularna bomba… Gdyby nie to, że w gruncie rzeczy wątek Davida to po prostu międlenie tematów wyeksploatowanych już w „Odysei kosmicznej” i „Battlestar Galactica”, nie mówiąc już o „Łowcy androidów”. A może po prostu musiałby to być inny film, bo jeśli zamierzamy rozmawiać o człowieczeństwie, duszy i akcie stworzenia, to doprawdy nie wiadomo, po co nam w tym wszystkim falliczne stwory uprawiające morderczy oralny seks z astronautami (Ridleyu, Twoje wymarzone PG-13 dla „Prometeusza” znika właśnie na horyzoncie…).

prometeusz
Skoro już jesteśmy przy tym – H. R. Giger, projektant oryginalnych ksenomorfów, nie maczał zbyt głęboko palców w tym przedsięwzięciu. To widać. Oczywiście, że „Obcy – ósmy pasażer Nostromo”, zawierał masę seksualnych podtekstów, ale były to… no cóż podteksty. Widok penisoidalnego stwora wynurzającego się z ciemnej cieczy, nawet jeśli ów penis ma za momencik zamienić się w coś kobropodobnego, nie pozostawia widzowi żadnego pola manewru. Albo to z pewnym wysiłkiem przełknie, przepraszam za podteksty i sugestie, albo ryknie śmiechem, choćby tylko w głębi duszy. Rozumiem jednak, że w dzisiejszych postmodernistycznych czasach trudno o naprawdę nowatorski projekt kosmity i próbuję się nie czepiać, trochę tylko chichoczę.

Jeśli coś jest dla mnie naprawdę trudne do zniesienia, to uporczywe próby robienia ze mnie kretyna i chodzenie na fabularną łatwiznę. Czy naprawdę mając trójwymiarową mapę nie da się znaleźć wyjścia ze skalnych korytarzy? Czy naprawdę można skakać jak gazela świeżo po operacji brzucha? Czy naprawdę przypadkowa osoba będzie umiała „z marszu” obsłużyć super zaawansowaną aparaturę medyczną? Czy naprawdę kiedy trzy generacje inteligentnych istot spotkają się nos w nos istnieje tylko jedno, standardowe rozwiązanie sytuacji? Nie chcę i nie potrafię zrozumieć, dlaczego film o budżecie 130 milionów $ posiada scenariusz, który mógłby napisać na kolanie gimnazjalista.

Chociaż nie – racjonalnym wytłumaczeniem jest to, że cała ta kasa poszła na zdjęcia i efekty specjalne. Całkiem być może, że wymienione w poprzednich akapitach wady i niedoróbki uratowały mi życie. Jeśli poziom scenariusza dorósłby do tego, co film prezentuje pod kątem wizualnym, prawdopodobnie umarłabym z rozkoszy.Prometeusz”, oglądany w 3D w kinie IMAX, wygląda bowiem bosko. Nie ma sensu ciągnąć dalej tego wątku, bo sprowadziłby się on jedynie do bezcelowego miziania, a rzecz jest ekstremalnie prosta – jeśli kino postrzegacie głównie oczyma, rezerwujcie już bilety.

Jeśli chodzi o mnie – okazałam się niestety czepialskim snobem, a do tego nie znalazłam płaszczyzny porozumienia z główną bohaterką, irytują mnie bowiem kreacjoniści. „Prometeusz” zaś ze swojej strony okazał się niczym więcej, jak tylko paszą dla oczu, która nie sprawdza się ani jako film akcji, ani jako filozofujące SF. Kluczowym pytaniem pozostaje – czy Fassbender naprawdę trafił piłką do kosza, jadąc na rowerze? Bo jeśli tak, to tylko on nie poszedł tutaj na łatwiznę.


prometheus-michael-fassbender
Prometheus, 2012) ccPrometheus-Post-3

(Visited 14 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>