Mariusz Czernic

Powrót Cuchillo! / Corri, uomo, corri (Sergio Sollima, 1968)

Powrót Cuchillo! / Corri, uomo, corri (Sergio Sollima, 1968)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Manuel Sanchez zwany Cuchillo (czyli „Nóż” po hiszpańsku) to jedna z najciekawszych postaci w historii włoskich westernów. Były rewolucjonista i zręczny nożownik po utracie wiary w powstańcze ideały stał się maverickiem, politycznie niezależnym zawadiaką, szukającym łatwej okazji do zarobienia grubej forsy. Pierwszy film, w którym ów bohater się pojawił nosi tytuł La Resa dei Conti (czyli Dzień rozliczenia) i jest jednym z najlepszych spaghetti westernów jakie nakręcono. W rolę Cuchillo rewelacyjnie wcielił się Tomas Milian. Dzięki jego mistrzowskiej kreacji, nieokiełznanej energii i magnetycznej osobowości jasne jest, że 100 minut z tym bohaterem to było zdecydowanie za mało. Sergio Sollima doszedł do takiego samego wniosku, w efekcie czego zrealizował dwugodzinną kontynuację jego przygód.

Cuchillo Sanchez to typ człowieka, który łatwo wpada w tarapaty lecz zawsze wychodzi z nich zwycięsko. I robi to z gracją, fasonem i brawurą. W Corri Uomo Corri! (co znaczy Biegnij chłopie, biegnij!) już na wstępie mamy tego dowód. Zmęczony i głodny po wyczerpującej podróży meksykański awanturnik powraca w swoje rodzinne strony, do jakiejś zapadłej dziury, gdzie zastaje „rewolucyjny porządek” polegający na tym, że aresztuje się i zabija nawet tych, którzy nie popełnili poważnych przestępstw. Cuchillo trafia do aresztu, gdzie poznaje señora Ramireza – poetę i rewolucjonistę, który oferuje mu pieniądze za pomoc w ucieczce i eskapadzie do Teksasu. Przywykły do kłopotów Meksykanin rozpoczyna wędrówkę po rozpalonych od słońca obszarach, na których kwitnie anarchia, zaostrzają się konflikty i potęgują represje.

Niemało tu interesujących postaci, z których większość zasługuje na oddzielny film. Sanchez oprócz wspomnianego literata Ramireza spotyka na swej drodze rozmaite typy ludzkie. Jednym z nich jest gringo Nathaniel Cassidy (Donald O’Brien), niepozorny z wyglądu osobnik, który w krytycznych momentach okazuje się zabójczo skutecznym pistolero. Bardziej kłopotliwe dla naszego bohatera są jednak spotkania z dwoma francuskimi najemnikami oraz z bandą arcygroźnych zbirów pod wodzą okrutnego Rizy. Jakby dla równowagi są też przyjemniejsze rendez vous, bo szlakiem głównego bohatera podążają atrakcyjne kobiety: jasnowłosa salwacjonistka Penny Bannington (Linda Veras) i żarliwa Latynoska Dolores (Chelo Alonso) o wściekłym spojrzeniu cechującym najprawdziwszą czarownicę. Cała obsada spisała się na medal, nawet pojawiający się epizodycznie (w roli meksykańskiego rebelianta Santillany) John Ireland, skądinąd słaby aktor hollywoodzki, znany m.in. z roli tchórzliwego Roberta Forda w debiucie Sama Fullera Zastrzeliłem Jessego Jamesa (1949).

Znakomicie wykorzystano przestrzeń i muzykę, ale to jest cechą wspólną wszystkich najlepszych spag-westów. Zgodnie z tym co mówił reżyser (w materiałach umieszczonych w dodatkach na DVD) autorem muzyki do filmu jest Ennio Morricone, a nie wymieniony w czołówce Bruno Nicolai. Ten pierwszy był wówczas związany z inną wytwórnią i żeby uniknąć nieprzyjemności zdecydował się podpisać soundtrack poprzez figuranta. Został nim kolega po fachu, wspomniany Nicolai, inny rzymski geniusz muzyczny oraz dyrygent, który jeśli sam nie komponował to swoją batutą narzucał tempo, rytm i dynamikę utworu. Muzyka jest chwytliwa, służy do słuchania, nucenia i gwizdania, czasem zwalnia i milknie, czasem przyśpiesza i hałasuje próbując zasugerować rewolucyjny zryw. Kompozycje Ennia cechują się specyficznym brzmieniem, streszczają nastrój filmu, są równie ważne co dialog i akcentują to czego nie uchwyciła kamera.

Piosenkę z czołówki (Espanto en el corazon – Terror w sercu) wykonał Tomas Milian. Film stał się więc poniekąd manifestem bohatera, niewykształconego chłopa pragnącego uzyskać niezależność i odpowiednie korzyści majątkowe za walkę, jaką niegdyś stoczył w obronie postulatów Benito Juáreza. Sanchez nie nosi broni palnej, bo kojarzy mu się z terrorem. Nie przeszkadza mu stan kawalerski, bo kojarzy mu się z pełną swobodą i wolnością. Trudno go nie lubić, tym bardziej że aktor gra całym sobą. Stworzył postać szalenie nieprzewidywalną, namaszczoną tragizmem, przegrywającą z systemem, uciekającą bez końca.

Trzeci i niestety ostatni western Sergia Sollimy to markowe kino przygodowe utrzymane w tonacji komediowej, aczkolwiek body count wciąż jest obfity i sporo ofiar pada w wyniku rzutów nożem. Sollima nie był płodnym filmowcem, ale gdy już się za coś zabrał to z pasją i zaangażowaniem godnym prawdziwego miłośnika kina, a nie cynicznego człowieka interesu. Corri Uomo Corri to nie jest jego najlepszy film, ale po obejrzeniu pozostają tylko same dobre wspomnienia. Zarówno dla reżysera jak i odtwórcy głównej roli ten film to istne tour de force – pokaz siły, zręczności i talentu. Duża ilość bohaterów drugoplanowych napędza akcję, jest sporo przemocy i awantur, ale wszystko jest tak dobrze wyważone że nie odczuwa się przesady. Domieszka humoru nie zaszkodziła filmowi i nie przysłoniła politycznych proklamacji. Bo jest to spaghetti podlane lewicowym idealizmem. Dlatego ów western awansuje z konwencjonalnej rozrywki na wyższy poziom – politycznego eseju o rewolucyjnych ideałach.

 Corri, uomo, corri (Sergio Sollima, 1968)  aCorri, uomo, corri (Sergio Sollima, 1968) aaa

(Visited 61 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>