Agata Malinowska

Pontypool (Bruce McDonald, 2008)

Pontypool (Bruce McDonald, 2008)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Życie miłośniczki horrorów, która ceni w filmie szczyptę oryginalności lub intelektualnej fanaberii, jest trudne. Jak każdy gatunek, także i film grozy ma swoje utarte ścieżki, z których nie lubi zbaczać – co zawsze trochę mnie dziwiło. Ostatecznie kto jak kto, ale reżyser horroru powinien być raczej wprawny w eksploracji ciemnych zaułków lub regionów zbyt dziwnych dla „grzecznego” kina. Na szczęście od czasu do czasu trafia się film, powiedzmy, trochę inny. Taki jak „Pontypool”.

No, to robimy radio! – kościsty, malowniczy kowboj Grant Mazzy zasiada przy mikrofonie w swojej dźwiękoszczelnej budce, nalewając sobie kawy z prądem na rozruch. Jak co rano rozpoczyna audycję w lokalnej kanadyjskiej rozgłośni. Dziś nie musi się specjalnie zastanawiać nad tematem. Jadąc do pracy w zimowej ciemności zobaczył za boczną szybą samochodu wykrzywioną, mamroczącą twarz kobiety. Dzieli się swoim przeżyciem z publiką. Szybko odkryje, że nie tylko jemu przydarzyły się dzisiaj dziwne rzeczy.

Żadna specjalna nowość – wzruszycie teraz ramionami. Ano, początkowo zdaje się, że żadna. Jednak zamknięta, klaustrofobiczna przestrzeń malutkiego radia szybko napełni się grozą, spływającą z linii telefonicznych. I nie będzie to oswojony, kanapowy strach, choć z pewnością rozpoznacie w nim coś znajomego. Będzie to uczucie, że gdzieś tam, poza ścianami studia, w ciemności i śnieżnej zamieci, świat kompletnie oszalał.

Pontypool” to nie jest typ filmu, który chwyta z miejsca za gardło, choć przygrywka podłożona pod z wolna krystalizujący się tytuł wprowadza trochę niepokoju. Efekt grozy jest budowany metodycznie, za pomocą kwantów informacji, niejasnych wzmianek, trzasków w słuchawce, by w końcu osiągnąć szczyt w połowie. Później napięcie zacznie opadać, nie jest to jednak dobry moment na to, by wyłączać telewizor. Wraz z jaśniejszym opisem zagrożenia nadchodzi bowiem przyjemność obcowania z inteligencją i anarchizującym poczuciem humoru McDonalda. Nieskładny, ale frenetyczny finał, do którego w końcu doprowadzi nas reżyser, pozostawia widza w poczuciu przyjemnej konfuzji. W przypadku horroru to rzadkość, a rzeczy rzadkie warto cenić.

Lubię myśleć o „Pontypool” jako o horrorowej odpowiedzi na gawędziarskie filmy Linklatera, prawie wszystko rozgrywa się tu bowiem na poziomie dialogu. Mowa jest nie tylko nośnikiem, ale i źródłem grozy, dosłownie i w przenośni. Niewątpliwie jest to świetny pomysł na mały budżet. Ale również niezła intelektualna prowokacja, z której umysł, gdy już przestanie być sparaliżowany strachem, będzie miał pociechę. Podobno scenariusz tego filmu został zaadaptowany jako słuchowisko. Być może tam jego miejsce, chociaż radio w radiu – to może być początek pętli zmierzającej prosto w obłęd. Spytajcie Granta Mazzy. Z pewnością spotkacie go gdzieś tam, na końcu linii telefonicznej, trzęsącymi się rękami nalewającego sobie kolejny kubek kawy z prądem.

(Visited 23 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>