Michał Vorbrodt

Piękna praca / Beau travail (Claire Denis, 1999)

Piękna praca / Beau travail (Claire Denis, 1999)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Kino potrafi być piękne, monotonne, popularne i edukujące. Może pozwolić wypocząć, albo wyprowadzić z równowagi. Może tworzyć opinie, a nawet wpływać na zmianę prawa (Krótki film o zabijaniu). Są filmy trudne z powodu różnic kulturowych (Dotyk grzechu), albo ze względu na skomplikowaną, zawoalowaną konstrukcję. Takie oglądać trzeba w pełnym skupieniu. Do ostatniego typu należy Piękna praca. Poniższa analiza zdradza wątki fabularne.

Wydawał się kolejnym „dobrym” filmem francuskim, o tyle przyjemniejszym, że występuje w nim w prawdopodobnie najlepszy francuski aktor chodzący po Ziemi – Denis Lavant (znakomity występ w teledysku Rabbit In Your Headlights zespołu Unkle, oraz dzielnie broniący Holy Motors). Traktował o byłym żołnierzu jednostki Legii Cudzoziemskiej stacjonującej we wschodniej Afryce, o jego przywiązaniu do swojej pracy i o konflikcie z nowym rekrutem. Wieczorny seans nieco uśpił moją czujność, a to film przy którym należy się skupić i być stale nieufnym.

Ostatnia scena zupełnie zbija z tropu. Oderwana od całości z powodu muzyki i scenerii. Po krótkich poszukiwaniach w Internecie znalazłem rozwiązanie zagadki dotyczącej nie tylko sceny finałowej, ale i całego dzieła. Widz musi wierzyć swojej intuicji, bo w tym przypadku wiedzie go w odpowiednią stronę.

Żaden z wątków fabularnych nie jest zarysowany wyraźnie. Przedstawione są one przy okazji, jakby akcja toczyć się miała wokół zupełnie czego innego. Akcja nawet, w dosłownym sensie, tu nie występuje. Pułk Legii Cudzoziemskiej, o którym jest ta historia, istnieje w nieokreślonym bliżej miejscu i bez określonej misji. Odbywają treningi, kopią w ziemi, rozciągają ostrokół, wykonują rozkazy – nic ponadto. Celowe odejście od konwencji przedstawiania dokładnej lokalizacji i priorytetu to pierwsza wskazówka, że nie oglądamy typowego filmu militarnego.

Kolejną wskazówką mogą być wieloznaczne, a czasem dość dosłowne sceny. Więzi braterskie między żołnierzami w filmach wojennych to elementy prawie nierozłączne. Nie dziwi więc wspólny prysznic, sparingi czy wspólne spędzanie czasu wolnego. Jednak kamera wyraźnie dryfuje wśród spoconych torsów rzeźby greckich herosów i krótkich szortów, co jakiś czas ukazując obserwującego ich przełożonego, Galoupa (Denis Lavant). Jego wyraźnie surowy wyraz twarzy wciąż utrzymuje nas w przekonaniu, że wysłuchujemy prawdziwej historii tęsknoty za służbą w wojsku. Sceny tak bardzo zwyczajne jak parzenie sobie kawy, czy gra w szachy wydłużają naiwność odbiorcy.

Galoup pozostaje w ciągłym kontakcie ze swoimi żołnierzami. Aktywnie z nimi trenuje, momentami wręcz rywalizując. Wyznaje, że obecnie jego mięśnie już pordzewiały; we wspomnieniach widzimy wyraźnie, jak pokonuje w znakomitym tempie wszelkie przeszkody, czy sprawnie wspina się po drzewie. We wszystkich retrospekcjach otoczony jest młodymi, dobrze zbudowanymi chłopcami, a sam wykazuje się imponującą sprawnością.

Powstaje konflikt Galoupa z nowym rekrutem, Gillesem Sentainem (Grégoire Colin), o którego Galoup jest zazdrosny. Sytuacja prowadzi do rękoczynu – przełożony policzkuje legionistę, a ten, w sposób spowolniony, wręcz subtelny odpowiada uderzeniem pięścią. Zmiękczony co prawda akt agresji wobec wyższego rangą wymaga jednak konsekwencji. Galoup wywozi Gillesa na środek pustkowia, pozostawiając go z podstawowymi narzędziami. Chłopak nigdy nie wraca do bazy, a wojskowy, pociągnięty do odpowiedzialności, zostaje wydalony z ukochanej jednostki. W końcowej sekwencji widzimy prawdopodobieństwo samobójstwa, a później taniec głównego bohatera do Rhythm of the Night – hymnu społeczności homoseksualnej.

Po wzięciu wszystkich tych elementów pod uwagę staje się oczywiste, że mamy do czynienia z obszerną alegorią. To, czy bohater wspomina autentyczne, choć podkolorowane wydarzenia, czy fantazjuje, nie jest istotne. Nie tylko film nie opowiada zwyczajnej historii o legionistach służących w Afryce, ale sama metaforyczna historia jest jedynie pretekstem do postulatu autorki.

(…) is the director propagating a homophobic, heterosexist notion that repressed homosexual longing is a reason for a straight man to kill himself? Is having loving thoughts about other men the ultimate taboo for straight men, after which there is no “way out” other than to kill oneself? Is the only way for a tortured man like Galoup (…) to find true peace and happiness to take his own life?”

Według Matta Mazura może chodzić o wytknięcie panującej homofobii, krytykę tabu pociągu mężczyzny do mężczyzny czy ukazanie tragicznie kończącej się historii człowieka, którego miłość jest zakazana. Wszystkie z tych domniemań wydają się trafne.

Finałowa scena, by rozwikłać ostatnią niewiadomą, jest zobrazowaniem ostatecznego miejsca, w które trafia bohater po śmierci samobójczej. To rodzaj osobistego piekła, w którym przychodzi tańczyć na pustym parkiecie klubu gejowskiego w nieskończoność, w rytm tandetnej muzyki. Nawiasem mówiąc, Denis Lavant jest w tej scenie spektakularny.

(Visited 42 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>