Karolina Łachmacka

Pięćdziesiąt twarzy Greya / Fifty Shades of Grey (Sam Taylor-Johnson, 2015)

Pięćdziesiąt twarzy Greya / Fifty Shades of Grey (Sam Taylor-Johnson, 2015)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Ekranizacja światowego bestsellera autorstwa E.L. James po niesamowitym sukcesie trylogii była jedynie kwestią czasu. Fani z całego świata śledzili najpierw dobór głównych aktorów (który wzbudził liczne kontrowersje), potem natomiast z zapartym tchem oglądano kolejne trailery i fragmenty oczekiwanego obrazu. Dyskusja na temat Dakoty Johnson i Jamie Dornana w rolach Anastasii Steele i Christiana Greya wciąż trwa (o obsadzeniu roli Any Steele przeczytać możecie w moim artykule pt. „Gwiazda pilnie poszukiwana”). Sam film zdążył pobić rekordy oglądalności w Polsce i na świecie. W programach telewizyjnych i radiowych przetoczyły się fale paneli dyskusyjnych, gdzie mniej i bardziej wybitni fachowcy dzielili się swoimi spostrzeżeniami odnośnie tego, dlaczego widzowie (głównie płci żeńskiej) ruszyli szturmem do kin.

Można dyskutować w nieskończoność walory artystyczne książki E.L. James, których według krytyków zupełnie brak. Nie da się jednak ukryć, że jest to fenomen w kulturze masowej. Po publikacji trzech książek z przygodami Any i Christiana miał miejsce wysyp kontrowersyjnych powieści dla dorosłych. Żadna jednak nie powtórzyła sukcesu prozy James.

Zostawmy jednak samą książkę. Film budził ciekawość chyba przede wszystkim dlatego, że zastanawiano się, jak Hollywood poradzi sobie z odważnymi scenami z powieści. I okazało się, że obraz Sam Taylor-Johnson można pod tym względem porównać do wydmuszki. W stosunku do pierwowzoru literackiego, ekranowych „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to wersja light, ugrzeczniona i demaskująca producentów obrazu, którzy chcąc dotrzeć do jak najszerszej publiczności pozbawili film elementów ryzyka (dzieło Taylor-Johnson nie pokazuje m.in. najbardziej osławionej sceny seksu).

Pozbawiona pikanterii opowieść staje się jak potrawa bez przypraw – po prostu mdła. Trudno jest uzasadnić wybory bohaterów, ich motywacje. Idąc dalej kulinarnym tropem – mamy tutaj papkę na miarę ząbków paromiesięcznego szkraba, choć ponoć powinniśmy ostrzyć sobie zęby na pikantne danie. Odpowiednio poprowadzone, „Pięćdziesiąt twarzy Greya” mogłoby być nawet dla tzw. „koneserów” – nie każdy przecież przepada za chili czy imbirem, ale mają one swoich wielbicieli.

Scenariusz Kelly Marcel nie przewiduje niczego, w czym mogliby popisać się aktorzy. Co zadziwiające, mimo braku tego potencjału, doskonale radzi sobie Dakota Johnson. Można z pewnością rzec, że córka Melanie Griffith i wnuczka Tippi Hedren to najjaśniejszy punkt filmu. Jej Anastasia ma wiele odcieni, choć zwalcza to zdecydowanie płytki scenariusz. Nie pomaga Jamie Dornan, który być może rzeczywiście jest zbyt chłopięcy do roli Christiana Greya.

Niewątpliwym atutem obrazu jest, obok wspomnianej roli Johnson, ścieżka dźwiękowa. Hit Ellie Goulding „Love Me Like You Do”, prześliczna ballada „Salted Wound” Sii, dojrzalsza wersja „Crazy In Love” oraz „Haunted” Beynonce, to jedne z najbardziej zapadających piosenek filmowych.

Najsłabszym punktem filmu jest jego scenariusz. Cała historia mniej więcej w połowie zaczyna po prostu nużyć i przestaje mieć jakikolwiek sens. Ogląda się to niemal z musu, a kolejne uderzenia pejczem w nagie ciało Johnson i satysfakcja Dornana wydają się jedynie udziwniać, a nie uzasadniać całość.

„Pięćdziesiąt twarzy Greya” rozczarowuje, choć pewnie wielu z potencjalnych widzów właśnie tego się spodziewało. Najbardziej zaskakuje jednak to, że tak komercyjną książkę można być skomercjalizować i utrywializować jeszcze bardziej, i to mimowolnie.

Trailer

Galeria

(Visited 31 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>