Agata Malinowska

Pi (Darren Aronofsky, 1998)

Pi (Darren Aronofsky, 1998)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Od momentu, kiedy przeczytałam recenzję z gazecie, wiedziałam, że muszę iść na „Pi”, gdyż entuzjastycznie uczęszczam na filmy o naukowcach. Niezależnie od tego, czy są genialni i mefistofeliczni („Dr Strangelove”) czy tylko genialni („Piękny umysł”) – z jakiegoś powodu innych na ekranie widuje się rzadko (jeśli nie liczyć statystów w fartuchach). Nie przeszkadzało mi szczególnie, że nakręcił go jakiś zupełnie nieznany Aronofsky i że grają go nieczęsto w małej salce. Poszłam więc – od tej pory Aronofsky jest dla mnie guru a „Pi”… No cóż, osądźcie sami.

1. Matematyka jest językiem natury

Trudno jest streścić fabułę tego filmu nie popadając w lekki bełkot. Główny bohater, Max Cohen, jest matematykiem zajmującym się teorią liczb, obdarzonym w kolejności geniuszem, potężną migreną i usprawiedliwioną skłonnością do manii prześladowczej. Zaszyty w domu przed komputerem, poszukuje prawidłowości w zachowaniu rynków finansowych, wiedziony przeczuciem, że tym przypadkowym gąszczu liczb kryje się uniwersalna prawda. Ma w tej dziedzinie pewne sukcesy, jest więc pod czujną obserwacją zarówno rekinów giełdowych, jak i ortodoksyjnych Żydów, którzy podejrzewają, że jego odkrycie może mieć wielkie mistyczne konsekwencje. Gdy Max zbliża się do celu, natarczywość obserwatorów rośnie, aż wreszcie stawką staje się nie tylko jego wiedza, ale i jego życie.

2. Wszystko wokół nas można wyrazić i zrozumieć przez liczby

Pi” to nie tyle film ile raczej rodzaj hipnozy. Transowa muzyka Clinta Mansella, ascetyczna kolorystyka, specyficzny montaż i do tego wszystkiego rozbuchany, wielowątkowy scenariusz, składają się razem przeżycie na granicy psychodelii. Wielką radość sprawiają różnorodne smaczki wzięte żywcem z popularnych książek o teorii chaosu, takie jak piękne zdjęcia dwóch mieszających się, różnokolorowych płynów. Aronofsky nie daje widzowi momentu na wytchnienie, obrzucając go złotymi proporcjami, ciągami Fibonacciego, kursami giełdowymi, go, kabałą i mrówkami. Wszystko to jakimś cudem spina centralna postać, którą wiarygodnie i ofiarnie zagrał Sean Gullette. Ten tematyczny melanż bywa ciężkostrawny, a już na pewno powierzchowny, ale niewątpliwie tworzy klimat. Jak dotąd tylko „Dziecko Rosemary” zapewniło mi taką lekcję paranoi. Philip Dick z pewnością klepnąłby Aronofsky’ego w ramię, uprzednio obejrzawszy się przez własne.

3. W wykresach tych liczb pojawiają się wzorce

Pomimo że „Pi” wydaje się poruszać jednocześnie ogromną liczbę zagadnień, w gruncie rzeczy sednem tego filmu jest władza nad światem. I to nie w potocznym znaczeniu – jako władanie ogółem ludzkości – ale w najszerszym możliwym. Zarówno rynki finansowe, wspomniane tu wprost, jak i pogoda czy nawet zachowanie cząstek dymu w powietrzu są układami o ogromnej złożoności, które można modelować tylko z określoną, niewielką zresztą, dokładnością. Jest to niezdobyta bariera, którą jednak Max Cohen usiłuje pokonać , bo za nią – jak sugeruje nam reżyser – kryje się odpowiedź na życie, wszechświat i całą resztę. Oraz, co za tym idzie, nieograniczona potęga. Sama ta idea to oczywiście mistycyzm, jednak podbudowany tym, co napędza wielu naukowców. Mianowicie wiarą w to, że przyroda jest w gruncie rzeczy prosta i elegancka. Nie szkodzi, że wszędzie aż kłębi się od różnorodnych form życia, które grają na nosie eksperymentatorom – tak naprawdę pod spodem jest jednolity zestaw zasad. W skrajnym wypadku – zestaw 216 cyfr.

Zatem – przyroda pełna jest wzorców.

Pomimo wszystkich wad „Pi”, których nie zamierzam tu usprawiedliwiać, warto się z nim zapoznać. Dlaczego? Ponieważ ma impet rozpędzonego czołgu. Aronofsky, bez pieniędzy i nawet bez pozwoleń na kręcenie w plenerach, stworzył klasyczny debiut geniusza. Film aż gotuje się od pasji, choć nie ma jeszcze tej chirurgicznej precyzji, z którą „Requiem dla snu” odmierzał widzowi kolejne porcje bólu. Środki wyrazu – kolorystyka i zdjęcia, montaż, muzyka – są używane świadomie i odważnie, przede wszystkim zaś oryginalnie. Być może jest to oryginalność przesadna, nie grzesząca szacunkiem dla nikogo, także dla widza. Ale jeśli już mowa o szacunku, takim właśnie postępowaniem Aronofsky zjednał sobie mój.

Pi (Darren Aronofsky, 1998) aa Pi (Darren Aronofsky, 1998) aPi (Darren Aronofsky, 1998) as

(Visited 15 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>