Karolina Łachmacka

Obywatel John Doe / Meet John Doe (Frank Capra, 1941)

Obywatel John Doe / Meet John Doe (Frank Capra, 1941)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Mogłoby się zdawać, że „Obywatel John Doe” (inna nazwa „Poznajcie Johna Doe”) to film skazany na miano majstersztyku gatunku. Za kamerą stanął sam Frank Capra, wówczas już laureat Oskara za pamiętne „Ich noce” (1934) z Claudette Colbert i Clarkiem Gable. Scenariusz napisał stale współpracujący z reżyserem Robert Riskin, a w rolach głównych nie zabrakło gwiazd takich, jak Barbara Stanwyck, Gary Cooper czy Walter Brennan. Czyż to nie „składniki” gotowego przepisu na filmową perłę? Okazuje się, że nie do końca.

Filmy Capry zawsze miały w sobie to coś. Coś, co pozwalało widzowi utożsamić się z jego bohaterami. A ci nie są skomplikowani, to prawdziwi ludzie z krwi i kości, z marzeniami i wadami, którym często nie starcza do pierwszego. Element wartości społecznej filmu tkwi w tym przypadku w samych postaciach oraz ich postępowaniu. Pokazane w tym obrazie wydarzenia pozwalają bohaterom zrozumieć sens i wartości, które powinny im przyświecać w życiu. Okazuje się, co tak naprawdę ma znaczenie, jakim człowiekiem chce i powinno się być.

Tradycyjnie, jak to u Capry, te bardziej wzniosłe idee społeczne przeplatane są dozą humoru. Zacznijmy od samego początku – to tutaj poznajemy osobę Ann Mitchell (będąca w świetnej kondycji aktorskiej Barbara Stanwyck), której kodeks moralny może wprowadzać w konfuzję. Dzieje się bowiem tak, że ta młoda, atrakcyjna i zdolna dziennikarka gotowa jest zrobić wszystko, by zarobić jak najwięcej. Pozornie więc mamy do czynienia z czystej krwi materialistką – ale chwileczkę, zanim postawimy na niej moralny krzyżyk, zaznaczmy, że Ann pragnie dóbr materialnych tak naprawdę nie dla siebie, a rodziny, którą utrzymuje. Kolejne szczeble kariery pokonuje jednak z coraz mniejszym zadowoleniem. Zupełnie, jakby wiedziała, że sprzedaje duszę diabłu. Nie może się już jednak zatrzymać –  w końcu ucierpiałyby na tym jej matka i dwie nastoletnie siostry. Ann da się zresztą poznać jako idealistka, która w pisane na zamówienie przemówienia wplata coś tak osobistego, jak zapiski zmarłego ojca. Czyż to nie paradoks?

Z kolei główny protagonista, John Doe (Gary Cooper) to kloszard, który staje się figurantem. Jako moralny „słup” ma służyć wpływowym ludziom, którzy ubierają swoje niecne gesty w piękne, górnolotne słowa. Oczywiście nasz bohater daje się w to wciągnąć dosyć nieświadomie – jak powiada polityk, który chce się na nim wypromować, za judaszowskie trzydzieści srebrników. Naturalnie, nasz bohater nie jest zły, jest po prostu zbyt prostolinijny, co sprawia, że daje się wciągnąć w brudną grę, z której ciężko wyjść mówiąc po prostu „pas”.

„Obywatel John Doe” to film, który, jak to u Capry bywa, miał uderzać swoją wiarygodnością. Mamy tutaj charyzmatycznego człowieka znikąd, swego rodzaju Nikodema Dyzmę Stanów Zjednoczonych, który tak bardzo zaskarbia sobie sympatię społeczeństwa, że biedni ludzie rezygnują z zasiłków. A jednak, wbrew zamysłowi, niekiedy poziom wiarygodności tego obrazu sięga science fiction.

Filmy Franka Capry mogły nie raz otrzeć się o naiwność. Filmy takie, jak „Ich noce” (1934) broniły się jednak, bo historię opowiadano bez nadęcia. „Obywatelowi John Doe” (1941) trudno zarzucić coś takiego, a jednak jest to film naiwny. Wbrew zamysłowi, wraz z pokazaniem niemal socjalistycznych pochodów na konwenty Johna Doe, czy też szarżowanie ku moralności poszczególnych bohaterów. Istotnie, są tu elementy, które ratują ten obraz.

Pierwszy z nich to postaci drugoplanowe. Mistrz drugich skrzypiec na planie filmowym, Walter Brennan, którego rola została napisana równie dobrze, co perfekcyjnie zagrana, stanowi jeden z ciekawszych punktów filmu. Scena, w której dwóm gościom tłumaczy, kim są hieny, to majstersztyk.

Ale nie można też narzekać na odtwórców głównych ról, wbrew temu, jak nakreślono postaci Ann i Johna. Barbara Stanwyck ma w sobie odpowiednią dozę dramatyzmu i determinacji, która może ratować paradoksalność nakreślonej tak roli. Gary Cooper z kolei pokazuje się jako aktor wszechstronny. Jest miejsce na popis komiczny, jest też chwila nuty dramatyzmu. Jego John potrafi być oportunistą, który przekonująco i momentalnie przeistacza się w człowieka pełnego ideałów. To trudne zadanie, a jednak gwiazdy poradziły sobie, udowadniając jednocześnie, że nie przypadkowo trafili na sam piedestał Hollywood.

Film Capry może wydać się naiwny, ale nie można odmówić mu świetnej ręki reżyserskiej, zgrabnego scenariusza i świetnych (Stanwyck, Cooper), a miejscami wybitnych ról (Brennan). Może nie każdy uwierzy twórcom, może i ja im do końca nie uwierzyłam, ale jest w tym filmie pewna klasa, która potrafi dźwignąć ten obraz na całe 7/10 punktów.

Trailer

Galeria

(Visited 57 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>