Agata Malinowska

Obrońcy skarbów / The Monuments Men (George Clooney, 2014)

Obrońcy skarbów / The Monuments Men (George Clooney, 2014)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Spiesząc na festiwalowe pokazy, ciężko nie zawiesić oka na słupach ogłoszeniowych z filmowymi plakatami. Wśród nich z miejsca zwraca uwagę ten, który zapowiada nowy film George’a ClooneyaThe Monuments Men. Widnieje na nim drużyna, poubierana w charakterystyczne zielone uniformy, która wyglądałaby jak Bękarty Wojny z filmu Tarantino, gdyby nie była na to o kilkadziesiąt lat za stara. Dodatkowo, zamiast subtelnej Melanie Laurent lub ultrakobiecej Diane Krueger, wśród żołdaków stoi jakaś chuda okularnica. I cóż, brakuje tylko hasła reklamowego – „jesteśmy tu po to, by robić jedną i tylko jedną rzecz. Zabijać nazistów? Nie, odkurzać obrazy.”

Obrazy są tu nie tylko odkurzane, ale też odgruzowywane i okazyjnie opłakiwane. Tytułowi Monuments Men to drużyna uformowana z naukowców i znawców sztuki, działająca pod koniec II Wojny Światowej, i mająca za zadanie odzyskiwać zagrabione przez nazistów dzieła. Drużyna, która istniała naprawdę – choć pod grubą warstwą hollywoodzkiego i pro-amerykańskiego makijażu zapewne nie rozpoznaliby jej nawet jej byli członkowie. Nawet po lekturze hasła w Wikipedii odechciewa się nastawiania licznych historycznych zwichnięć i naciągnięć, pozwolę sobie zatem odpuścić dalszy research. Wydam jedynie niechętny pomruk aprobaty, bo przypominanie o zasługach tych, którzy ratowali kulturalne dziedzictwo ludzkości, zawsze jest w cenie.

Nie zmienia to faktu, że grupa oldbojów pół na pół z drugiej świeżości przystojniakami nie jest specjalnie wiarygodnym bohaterem zbiorowym. Nawet w filmie o wyraźnych ciągotach w stronę kina przygodowego, zamieniającym ostatnie dni wojny w coś w rodzaju rozgrywki między Hitlerem – artystycznym beztalenciem, pragnącym zachłannie zgromadzić lub zniszczyć najcenniejsze dzieła sztuki – a znawcami i miłośnikami kultury, którzy chcą je tylko odzyskać i zwrócić prawowitym właścicielom. Możliwie zwijając je sprzed nosa Rosjanom, którzy w swych zapędach do kulturalnej grabieży żywo przypominają nazistów. Na męską przygodę na froncie nigdy nie jest za późno, nawet jeśli jej większa część to katalogowanie.

Niestety werwa The Monuments Men odpowiada tej, która cechuje osoby w wieku bohaterów. Szczypta amerykańskiego patosu, amerykańskiego humoru i – jak rany! – amerykańskiego romansu nie tuszuje specjalnie mydlanego smaku, aspekt przygodowy kuleje, reżyseria jest jedynie poprawna, aktorzy pracują na autopilocie (może oprócz rewelacyjnej jak zwykle Blanchett). Oczywiście przesłanie, podkreślające wagę kultury, jest bardzo cenne, tyle że podane z typowo hollywoodzką subtelnością i wyczuciem. Nie pozostaje nic innego, jak tylko ciemną nocą, jak ostatni wandal, zakraść się do plakatów i nasmarować na nich łamaną łaciną „Americani ite domum”.

(Visited 19 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>