Karolina Łachmacka

Nieco refleksji filmem i telewizją powodowanych

Nieco refleksji filmem i telewizją powodowanych
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Ostatnimi czasy zaczęłam nadrabiać swoje liczne filmowe zaległości i obejrzałam kilka mniej lub bardziej ciekawych tytułów. Oto miniranking, od najsłabszego do najlepszego.

5. „Miłość i inne używki” (2010), reż. Edward Zwick

Miłość i inne używki
Cóż mogę powiedzieć? Zawiodłam się na tym filmie tak bardzo, że aż brakuje mi słów… Dlaczego obejrzałam ów tytuł? Przede wszystkim zachęciły mnie nazwiska Edward Zwicka i Marshalla Herskovitza, którzy razem stworzyli jeden z moich najbardziej ukochanych filmów, „Uczciwa kurtyzana” z rewelacyjnymi rolami Catherine McCormack i Rufusa Sewella. Maczali też palce przy „Wichrach namiętności” z Bradem Pittem, Anothny Hopkinsem, Aidanem Quinnem oraz Julią Ormond, filmie naprawdę dobrym, czy „Ostatnim samuraju” z nominowanym do Oskara Kenem Watanabe. W rolach głównych występują naprawdę nieźli aktorzy młodego pokolenia, Anne Hathaway i Jack Gyllenhaal. I co? I klops. Historia miłości wyzutego z emocji samca Alfa i chorej na Parkinsona 26-latki jest po prostu płaska. Nie ma w niej żadnych emocji. Żadnych. Ich poziom odmierzono prostą za pomocą poziomej linijki. I tyle. To przykre, bo problematyka poruszona przez autorów jest godna uwagi. Efekt niestety nie zawiera w sobie kompletnie nic. Przez ten film poczułam się przez moment kinematograficznie oziębła. Brrr!

4. „Fanny Hill: Zwierzenia kurtyzany” (2007), serial tv

Fanny Hill
Tak, uwielbiam filmy kostiumowe. Tak, kocham romanse. Tak, ubóstwiam barwne historie kurtyzan. I na koniec – nie, nie lubię, nie trawię, nie znoszę jak się mnie traktuje jak durnia. A tak się poczułam dzięki temu serialowi. Jest on tak banalny, że aż przykry. Historia Fanny Hill jest tutaj mizerną opowiastką z bezsensownymi, naiwnymi, idiotycznymi zwrotami akcji. Bajki dla dorosłych są ok, o ile nie zakładają, że mają do czynienia z imbecylem. Rebecca Night jest w roli Fanny dobra, ale gdyby ktoś raczył popracować nad scenariuszem – to mogłoby być naprawdę coś. I jeszcze jedna uwaga odnośnie tłumaczenia tytułu. Zastanawiam się, czy sięgnięcie choćby do Wikipedii to taka ujma, czy może trudność? Mianowicie, czy przed użyciem terminu kurtyzana ktoś raczył sprawdzić, co ów słowo oznacza? Śmiem wątpić. Tak jak nie każdy uliczny grajek to wielki bard, tak też zwykła panienka na jedną noc to nie kurtyzana. To faux pas niesamowicie wpisuje się w porażkę tego serialu.

3. „Nie kłam, kochanie” (2008), reż. Piotr Wereśniak

Nie kłam, kochanie
Nie oczekiwałam od tego filmu zbyt wiele i nie otrzymałam dużo, ale nie wbiło mnie to jakoś szczególnie w nastrój rozpaczy. Nazwisko Ilony Łepkowskiej jako scenarzystki nie zachęca, przyznaję. Kojarzy mi się niestety z fenomenem przesłodzonej Kasi Cichopek i drewnianych fenomenów sztuki aktorskiej braci Mroczek, zawalaniem ramówki tv nie gorszymi jedynie od „Mody na sukces” serialikami, a także naburmuszonym cytatem, który mnie w pani Łepkowskiej najbardziej rozbawia – po premierze „Tylko mnie kochaj” stwierdziła, że kiedy zechce, to napisze wybitny scenariusz, który zostanie obsypany nagrodami. Ma kobieta poczucie humoru, oj, ma. Ale wracając do meritum – „Nie kłam, kochanie” jest komedią romantyczną z kilkoma śmieszniejszymi wątkami, i to jedynie za sprawą talentu Piotra Adamczyka, czy niezłej drugoplanowej roli Tomasza Karolaka. I nic poza tym. Jeden z wielu filmików, które mają być polską odpowiedzią na amerykańskie rom-comy. Kiepska to replika na ten gatunek, ale filmik ów nie pretenduje przecież do miana czegoś wielkiego. Ot, taka tam komedyjka. Niezbyt wysokie oczekiwania, bez zaskoczenia, ale też bez rozczarowania.

2. „Księżniczka Montpensier” (2010), reż. Bertrand Tavernier

Księżniczka Montpensier" (2010)
No i koniec narzekania. Ten film naprawdę mi się podobał. Solidna, francuska robota. Przekonujący aktorzy, dobry scenariusz, ciekawe zakończenie, naprawdę dobra scenografia i kostiumy. Krótko i na temat: dobry film.

1. „Wyznania gejszy” (2005), reż. Rob Marshall

Wyznania gejszy
Przyznaję, że nie przepadam za filmami o Azji. Ot, nie czuję klimatu. Ale też film bardziej niż duchem wschodu pachnie Hollywood. I nie jest to żaden jego minus. Przeciwnie, „Wyznania gejszy” to solidny romans z cudowną muzyką, genialną scenografią, pięknymi kostiumami, ale przede wszystkim – przejmująco opowiedzianą historią i subtelnym, kapitalnym aktorstwem. Prawie się zakochałam w Kenie Watanabe, a to już naprawdę coś. A tak poważnie – Rob Marshall nie ma zwyczaju rozczarowywać. Po musicalu „Chicago” wziął na warsztat zupełnie inną historię i mimo swojej musicalowej przeszłości udźwignął to zadanie. I naprawdę nie przeszkadza mi, że gejsze grają Chinki. Ziyi Zhang czy Gong Li to naprawdę świetne aktorki.

(Visited 21 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>