Mariusz Czernic

Navajo Joe (Sergio Corbucci, 1966)

Navajo Joe (Sergio Corbucci, 1966)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Opowiedziane przez Sergio Corbucciego przygody Indianina z plemienia Navajo to dla niektórych (w tym także dla wielbiciela gatunku, Quentina Tarantino) najbrutalniejszy western do czasu Dzikiej bandy (1969) Sama Peckinpaha. Aldo Sambrell zagrał tu wyjątkowo perfidną postać, która nie zawaha się zabić nawet bezbronnej kobiety, byle tylko osiągnąć zamierzony cel. Jego przeciwnikiem jest bystry Indianin imieniem Joe, uważający się za prawdziwego Amerykanina – nie używa łuku jak prymitywny dzikus, lecz nowoczesnego Winchestera jak przystało na bohatera Dzikiego Zachodu. Jego bojowe nastawienie widoczne jest przez cały czas – wyczuwa się, że zależy mu nie tylko na sprawiedliwości, ale i na wyrównaniu rachunków. Aby poczuć słodki smak zemsty nie wystarczy zabić wrogów, ale należy udaremnić ich zuchwałe plany obrabowania pociągu przewożącego pieniądze.

Zemsta to doskonały motor napędowy, który ze zwykłego niewyróżniającego się człowieka potrafi zrobić rozjuszonego zabijakę mknącego jak tornado niszczące wszystko co spotka na swojej drodze. Western Corbucciego wyróżnia się tym, że pierwszoplanowym bohaterem jest Indianin, będący „Johnem Rambo Dzikiego Zachodu” – samotnie rozprawia się z licznymi złoczyńcami i nie może liczyć na niczyją wdzięczność. Ludzie mają uprzedzenia, długo zastanawiają się czy zaufać czerwonemu wojownikowi. A gdy odzyskują pieniądze nic innego dla nich się nie liczy – Navajo Joe nie jest im już do niczego potrzebny. Pieniądze zawsze stoją na pierwszym miejscu w rankingu – są cenniejsze niż ludzkie życie. A film Corbucciego jest jednym z wielu, który przypomina widzom tę banalną prawdę.

Burt Reynolds jako kolejny wariant eastwoodowskiego Człowieka bez nazwiska wypadł nieźle jak na początkującego aktora (wcześniej grał przeważnie w serialach), lecz nie przypomina ani trochę Indianina. Jako mściciel i samotny łowca jest przekonujący, jako czerwonoskóry – niezbyt wiarygodny. Fernando Rey z właściwym sobie wyczuciem zagrał standardową rolę nie wadzącego nikomu poczciwego naiwniaka, ojca Rattigana. Ale na najwyższe wyróżnienie zasługuje Aldo Sambrell, który, mając twarz odpowiednią do ról czarnych charakterów, dość swobodnie odegrał perfidny charakter Mervyna Duncana – najgorszego zabijaki na Dzikim Zachodzie i nikczemnego łowcy indiańskich skalpów, któremu nie należy ufać, bo bez mrugnięcia okiem potrafi strzelić człowiekowi w plecy, jeśli uzna, że coś na tym zyska.

Nowatorska jest w filmie muzyka pełna chóralnych śpiewów i intrygująco brzmiących nutek. Za muzyczną stronę filmu odpowiedzialny był niejaki Leo Nichols – pod tym nazwiskiem ukrywał się nie kto inny tylko Ennio Morricone i faktycznie czuje się w tym soundtracku rękę geniusza. Po raz kolejny włoskim filmowcom Hiszpania dostarczyła cudownych skalistych i równinnych plenerów przypominających amerykański Dziki Zachód. Sporo tu przemocy i strzelanin, zaś napad na pociąg przedstawiony jest inaczej niż w wielu innych filmach – zamiast precyzyjnie przeprowadzonego napadu jest bezmyślna masakra, która dobitnie pokazuje z jakimi ludźmi mamy do czynienia. Aby przetrwać w tym świecie Navajo Joe musi umieć walczyć o swoje, dlatego nie tylko oferuje pomoc bezbronnym mieszkańcom, ale też wyraźnie pokazuje im kto tu rządzi – żąda gwiazdy szeryfa i „haraczu” od zuchwałych osadników.

Ten wypełniony po brzegi akcją western przez długi czas ogląda się naprawdę świetnie, w drugiej połowie traci jednak impet i tempo, a scenariusz wydaje się niedopracowany, jakby kończono go na kolanie, nie dbając o jakość, lecz o to, by ukończyć skrypt w terminie. Corbucci w samym roku 1966 nakręcił 3 westerny, Navajo Joe plasuje się w środku stawki – nie jest więc najlepszym jego filmem z tego roku (bo na to miano zasługuje Django), ale nie jest też najgorszy (bo Johnny Oro zyskał więcej negatywnych opinii). Przygody Indianina z plemienia Navajo obfitują w emocjonujące wydarzenia i mimo niedociągnięć to i tak jeden z ciekawszych spag-westów, który dostarcza rozrywki i mówi co nieco o podłej naturze człowieka.

Reżyser filmu wraz z przedsiębiorczym producentem Dino De Laurentiisem i zdolnym scenarzystą Fernandem Di Leo zadbali o dużą ilość akcji, nie przykładając wielkiej wagi do logiki prezentowanych wydarzeń, przez co przygrzewające słońce odbiera czasem rozum bohaterom, a tytułowy Joe ma na sobie jakiś pancerz, który chroni go od kul. Tak więc pesymistyczny z natury Corbucci oprócz ukazania okrutnej, dzikiej rzeczywistości pokazuje, że szczęście sprzyja odważnym i sprawiedliwym. Trudno nie zauważyć także antyrasistowskiej wymowy, ukazania amerykańskiej społeczności w nie najlepszym świetle oraz wątku miłosnego, który został przedstawiony bez żadnych pocałunków i czułości, lecz subtelnie i taktownie.

Navajo Joe (Sergio Corbucci, 1966) a Navajo Joe (Sergio Corbucci, 1966) aa Navajo Joe (Sergio Corbucci, 1966) aaa

 

(Visited 40 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>