Karolina Łachmacka

Mój tydzień z Marilyn / My Week with Marilyn (Simon Curtis, 2011)

Mój tydzień z Marilyn / My Week with Marilyn (Simon Curtis, 2011)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Filmy biograficzne to grząski grunt, szczególnie, kiedy sięgamy życiorysy tych osób, których aparycja, aura i zewnętrzność z czymś się nam kojarzą. Dotyczy to Marilyn Monroe, Laurence’a Oliviera, czy, szczególnie w moim przypadku, Vivien Leigh. Ale „Mój tydzień z Marilyn” (2011) to nie tylko film biograficzny – to przede wszystkim bardzo dojrzałe i dobre studium tego, co działo się gdzieś tam, po drugiej stronie kamery. Czegoś, do czego widz nie ma w zasadzie dostępu.

Obraz Simona Curtisa opowiada o kilku dniach z życia młodego asystenta reżysera „Księcia i aktoreczki” (1956) i jego gwiazdora, Laurence’a Oliviera (Kenneth Branagh), imieniem Colin Clark (Eddie Redmayne), który poznaje gwiazdę obrazu, Marilyn Monroe (Michelle Williams), która wywiera na nim ogromne wrażenie.

Film Curtisa jest obrazem pięknym, i to z kilku powodów. Po pierwsze, twórcy nie dali się przygnieść brzemieniem ciężącym na tym filmie, które szczególnie kładło się na obsadzeniu roli Monroe oraz jej zagraniu przez Michelle Williams. „Mój tydzień z Marilyn” to film głęboki, bo dotyka uczuć, ale w sposób subtelny. Choć Marilyn pokazana jest jako zniewolona ofiara wielu aspektów jej sławy, mimo wszystko nie mamy tu do czynienia z bezmyślną i oczywistą martyrologią.

Co więcej, ekranizacja książki Clarka nie pretenduje przecież do miana oficjalnej biografii Marilyn, choć w oczywisty sposób zalicza się do gatunku. Ukazuje przecież z bliska serię wydarzeń i relacji, które nastąpiły w połowie lat 50. z udziałem konkretnych osób. Nie ma tu jednak doszukiwania się plotek, jest natomiast podkreślenie niezwykłego, młodzieńczego uczucia Clarka. To dosyć oczywiste, bo któż nie zakochałby się w Marilyn? Z drugiej jednak strony, czy to zasługuje na miano romansu? Raczej nie, chociaż młody Colin Clark bardzo by tego pragnął (trudno mu się dziwić).

Niedoświadczony żółtodziób uważa, że kocha kobietę, którą ledwo rozumie. Marilyn potrzebowała miłości, ale, jak pokazuje film Curtisa, w sytuacji, w której się znalazła, nie mogła jej dawać. W jednej ze scen ówczesny mąż aktorki, Arthur Miller, powiada, że jego żona go „pożera”. To właśnie świetnie opisuje życie Marilyn, której sława czyniła jej prywatne życie nie tyle pustym, co po prostu niebyłym. Uczucie Clarka to sprawa zwykłego zauroczenia, które on chciałby brawurowo zamienić na obrazek wielkiej miłości, gdzie on, książę na białym rumaku, ratuje uwięzioną w wieży oblubienicę (czyli Marilyn) i zabiera daleko, gdzie nikt już jej nie skrzywdzi.

Na uwagę zasługuje ukazanie stosunków Marilyn z Laurence’em Olivierem. Twórcy nie poszli na łatwiznę i nie przedstawili ich w stanie ciągłej, bezceremonialnej wojny. Chociaż Olivier nie potrafi zaakceptować zachowania Monroe, nie pokazano go jako potwora bez uczuć, rzucającego gromy na biedną Marilyn. Brawa autorom należą się także za ukazanie roli Vivien Leigh. Chociaż obsadzenie Julii Ormond było nietrafione (niestety, urodą nie dorasta do pięt laureatce dwóch Oskarów), to poboczny wątek z Leigh jako podejrzliwą żoną Oliviera przedstawiony jest w sposób taktowny i naturalny, bez robienia z niej osoby niezrównoważonej (to wypaczenie często ma miejsce w przypadkach osób, które cierpiały na chorobę psychiczną).

Role główne zostały obsadzone znakomicie. Michelle Williams jest wyborna w roli Marilyn. Z pewnością zawsze będziemy mieć do czynienia z opiniami niezadowolonych, szczególnie fanów Marilyn Monroe. Sądzę jednak, że Williams doskonale oddała urok i powab granej przez siebie gwiazdy, co więcej, jej figura znakomicie wpisuje się w sylwetkę, jaką miała Marilyn. W postaci wykreowanej przez nominowaną za tę rolę do Oskara Williams jest prawda, tęsknota za prostotą szczęścia, ból i czar. To dosyć paradoksalna mieszanka, dość ryzykowna, ale udana.

Druga osoba, która została świetnie sportretowana w filmie Curtisa, to Laurence Olivier. Kenneth Branagh jest po prostu wybitny i doskonały. Wydaje się wręcz klonem Sir Larry’ego. Jest to rola, która z pewnością warta jest wszelkich możliwych nagród.

Grający Colina Clarka Eddie Redmayne jako jedyny nie stanął pod pręgierzem jako odtwórca roli biograficznej. Postać Clarka nikomu nie kojarzy się z konkretną osobą. Mimo to Redmayne jest aktorem, który nadaje roli Clarka tej niezbędnej chłopięcej świeżości, naiwności, swoistego idealistycznego szlifu.

Tłem dla znakomitej gry aktorskiej są scenografia, zdjęcia oraz kostiumy. Te ostatnie doskonale odwzorowują te noszone przez ludzi z lat 50. Sukienki Marilyn, a także granej przez nią Elsie Mariny, przypominają te oryginalne kreacje, które nosiła Monroe.

Jeżeli tak mają wyglądać filmy biograficzne, to ja jestem „na tak”. „Mój tydzień z Marilyn” to film subtelny i nieprzekłamany. Nic dodać, nic ująć.

Trailer

Galeria

(Visited 47 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>