Agata Malinowska

Mistrz / The Master (Paul Thomas Anderson, 2012)

Mistrz / The Master (Paul Thomas Anderson, 2012)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

MistrzPaula Thomasa Andersona ledwo pojawił się w kinach, a już zdążył zyskać zarówno uznanie krytyków, jak i tabloidowy rozgłos. Trudno oprzeć się wrażeniu, że kontrowersje byłyby dużo mniejsze, gdyby jednego z bohaterów łączyło podobieństwo raczej z Aleisterem Crowleyem lub Antonem LaVeyem, niż z L. Ronem Hubbardem, założycielem Kościoła Scjentologicznego. Byłoby wielką niesprawiedliwością, gdyby sensacyjna otoczka miała ukryć fakt, że „The Master” to film, który mierzy – i sięga – bardzo wysoko. Choć nie jest to dzieło tak spełnione i kompletne jak „Aż poleje się krew”, nadal bez trudu potwierdza ono klasę Andersona jako jednego z największych (tu dyskretny uśmieszek) mistrzów współczesnego kina.

Wspomnianą kontrowersyjna postać to Lancaster Dodd, samozwańczy „pisarz, lekarz, fizyk nuklearny i teoretyczny filozof”, głoszący osobliwe pseudonaukowe teorie, charyzmatyczny przywódca grupy oddanych zwolenników. Jednak to nie on jest tu głównym bohaterem. Ten zaszczyt przypada Freddiemu Quellowi – weteranowi II Wojny Światowej, człowiekowi rozpaczliwie niedostosowanemu społecznie, którego największym talentem jest umiejętność sporządzania straszliwych alkoholowych mieszanin ze składników tak niezwykłych, jak paliwo wyciągnięte z torpedy. Przez przypadek Freddie trafia na statek wiozący Dodda – ten zaś okazuje się być miłośnikiem ekstremalnych drinków. Nić sympatii stopniowo przeradza się w głęboką i skomplikowaną relację, w której główną rolę odgrywa z jednej strony ślepe przywiązanie, z drugiej zrozumienie i szczere pragnienie pomocy.

W istocie Quell niezmiernie przypomina źle ułożonego, ale żądnego aprobaty psa. Niezdolny do opanowania swych skłonności do agresji i pociągu do alkoholu, uporczywie próbuje kolejnych wymyślanych przez Mistrza terapeutycznych pomysłów. Jałowość tych wysiłków wydaje się być oczywista – z nich dwóch tylko Dodd ma tyle siły, by móc okiełznać swój wybuchowy temperament i przekuć go w przywódczy magnetyzm. Jeśli mimo tego ów związek trwa, to zapewne dlatego, iż są sobie tak bliscy – obaj są dzikimi zwierzętami w świecie salonowych piesków. Można tylko przypuszczać, jak często Dodd miewa ochotę zrzucić więzy żelaznej samodyscypliny i zakosztować niczym nieskrępowanej wolności pariasa, którą może się cieszyć Freddie.

Jak widać najwięcej dzieje się tutaj na płaszczyźnie interpersonalnej. Nie jest to jednak kameralny dramat psychologiczny – Anderson z wielką swadą odmalowuje nam kulisy działania ruchu skupionego wokół Dodda, jego skromne początki i rosnącą popularność. Faktem jest, że nie przedstawia jego działalności w wybitnie pochlebnym świetle, bezceremonialnie sugerując, jakoby ideologia i metody psychologicznej terapii opracowane przez odpowiednik Hubbarda były jedynie tworzonym na bieżąco zlepkiem pomysłów. Z drugiej strony nie czyni też Dodda jednowymiarowym cynicznym wyzyskiwaczem. Jest to raczej osoba zarazem bardzo twórcza, jak i chaotyczna, na swój sposób prymitywna, ale też pełna niespożytej energii, ukazana z więcej niż kroplą sympatii. To samo tyczy się zresztą Quella – dając mu antypatyczny charakter, Anderson dba zarazem o to, by wzbudzić w nas współczucie.

Wiele już napisano o zjawiskowych rolach Hoffmana (Dodd) i Phoenixa (Quell) i każde z tych pochlebnych słów jest prawdą. Wspomagani reżyserskim geniuszem Andersona, dają nam oni kilka niezapomnianych scen. Gdyby nie to, że Phoenix otwarcie – i dość obcesowo – kontestuje sens oscarowego wyścigu, zapewne cała trójka byłaby murowanymi kandydatami do nagród Akademii. Tu i ówdzie napotyka się narzekania na rozlewność scenariusza, któremu nieco brak konstrukcyjnej dyscypliny. Gdyby nie to, że oglądanie „Mistrza” jest przyjemnością samą w sobie, można by sugerować, iż nie zaszkodziłoby mu nieco wcześniejsze zakończenie.

Nie będę ukrywać, że bardziej od „The Master” cenię eleganckie i przytłaczające „Aż poleje się krew”. Z drugiej jednak strony kino Andersona to klasa sama w sobie i to, co u niego jest filmem nieco słabszym od poprzedniego i tak może być obiektem dzikiej zazdrości większości reżyserów. Dla kinomaniaków zaś – jak zwykle pozycją obowiązkową.

The Master, 2012The Master, 2012 aaThe Master, 2012

(Visited 22 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>