Przemysław Sopocko

Misja / The Mission (Roland Joffé, 1986)

Misja / The Mission (Roland Joffé, 1986)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Rodrigo Mendoza (Robert De Niro) jest hiszpańskim łowcą niewolników. Wyłapuje Indian Guarani, którzy uciekają do jezuitów w poszukiwaniu wolności. Trzeba pamiętać, że król Hiszpanii gwarantował nietykalność Indianom, jeśli dotarli na tereny pod zwierzchnictwem Towarzystwa Jezusowego. Tytułowej misji przewodzi ojciec Gabriel (Jeremy Irons), wysłany w zastępstwie (poprzedniego jezuitę Indianie przybili do krzyża i wrzucili do rzeki). Ojciec Gabriel nawraca Indian grając na flecie, a nawet mówi w pewnym momencie: „Z fletem schrystianizowałem tutejszych Indian. Z całą orkiestrą, schrystianizowałbym cały kontynent”. Gabiel i Rodrigo nie darzą się sympatią, delikatnie rzecz ujmując.

Ojciec Gabriel (Jeremy Irons) gra na flecie

Pewnego razu Rodrigo przyłapuje żonę na zdradzie z jego bratem – Felipe (Aidan Quinn). Wściekły Rodrigo zabija brata i pogrąża się w rozpaczy. Stracił sens życia, nie łapie już Indian, zamyka się w swoim domu. Wtedy do grzesznika rękę wyciąga ojciec Gabriel i zaprasza do życia w misji, gdzie może odkupić swoje winy. Wyruszają razem do Amazonii. Rodrigo z tobołkiem na znak pokuty podąża za duchownym. Scena przebaczenia przez Indian, spotęgowana muzyką Ennio Morricone, dosłownie nie z tego świata (tytuł utworu: „On Earth as it is in Heaven”). Poza Gabrielem, są tam też inni jezuici, w tym Fielding (Liam Neeson).

Scena przebaczenia – w środku Rodrigo (Robert De Niro)

Jednak „Misja” to nie idylla. Do obecnego Paragwaju przybywa legat papieski – kardynał Altamirano (Ray McAnally). Ówczesny Ojciec Święty (Klemens XIII) wysłał go, żeby rozwiązać kwestię jezuitów. Tu wkracza wielka polityka. Hiszpania i Portugalia dogadały się ws. „redukcji paragwajskich”. Chodziło o wyrugowanie stamtąd jezuitów, a Paragwaj miał dostać się w ręce Portugalczyków, żeby mogli mieć dostęp z Brazylii do Pacyfiku. Był to rok 1759 r. Markiz Pombal, pierwszy premier Portugalii, przegonił ze swojego kraju Towarzystwo Jezusowe. Klemens XIII, również był przyparty do muru – poza krajami Płw. Iberyjskiego, także Włosi i Francuzi niechętni byli jezuitom. Legat wiedział już najgorsze – miał zgodzić się na likwidację misji, co wiązałoby się z ofiarami. Ojciec Gabriel nie był chętny do walki, w przeciwieństwie do Rodrigo. Portugalczycy i Hiszpanie ruszyli …

Procesja z ojcem Gabrielem na czele

Film nie ma happy endu. Joffe, tak realistycznie oddający historię (vide „Pola śmierci”) nic nie zmienił. W 1772 r. doszło do kasaty zakonu jezuitów, których zreaktywowano w 1814 r. Tak, gwoli formalności dodam także, iż Hiszpanie rozmyślili się kilka lat później i przejęli od Portugalczyków tereny Paragwaju.

Co mi się w „Misji” najbardziej się podoba? Przede wszystkim, cała historia. Oto, do życia skromnych jezuitów wkracza wielka polityka o skali światowej, a oni zostają sami. Nie można się dziwić legatowi, który nie mógł nic zrobić. Piękno ofiary za wiarę, które utożsamia ojciec Gabriel. Scena procesji, ostrzelanej z armat przez Portugalczyków, jako żywo przypomniała mi podobną scenę z powstania krakowskiego (1846), gdzie Austriacy strzelali do uczestników podobnej uroczystości. Jest to ofiara, z której coś wynika – Hiszpanie zdali sobie sprawę z błędu, a jezuitów reaktywowano kilkadziesiąt lat później. Czy nie widać tutaj aluzji? Widać, bo o to chodziło scenarzyście – Robertowi Boltowi („Lawrence z Arabii”, „Oto jest głowa zdrajcy”, „Bunt na Bounty”). Druga rzecz, to przebaczenie. Scena, w której Indianie wybaczają po chrześcijańsku Rodrigo wzrusza mnie, nawet za którymś razem. To jest siła doskonale zrobionego filmu!

Robert De Niro, Jeremy Irons, Liam Neeson – ta trójka wystarczy. W zasadzie widz skupia się na dwóch osobowościach – skruszonego grzesznika (De Niro) i prawdziwego duchownego (Irons). Obaj oddali życie za wiarę, co okazuje się być najpiękniejszą ofiarą. Ale nie zapomnieli o ludziach, którym pomagali, ucząc ich języka i rzemiosła, a także kultury. Do dziś pamięta się o jezuitach w kilku krajach – pytałem się Brazylijczyków, Argentyńczyków, czy ludzie znających Paragwaj. Czyż nie jest to dobro, wynikłe z poświęcenia? Oczywiście, co zauważył także bł. Jan Paweł II, umieszczając „Misję” na „Watykańskiej liście 45 filmów”, w kategorii „Filmy o szczególnych walorach religijnych”* Sam nie jestem religijny, ale szczerze, to w pełni zgadzam się z takim werdyktem.

Liam Neeson jako jeden z jezuitów

Odnośnie aktorów, dodałbym pewną ciekawostkę. Otóż, Robert De Niro i Aidan Quinn, spotkają się 8 lat później na planie innego filmu – „Frankenstein” (1994) wg prozy Mary Shelley, w reżyserii sir Kennetha Branagha, gdzie pierwszy z nich wcieli się w postać Potwora, a drugi w rolę kapitana Waldena.

Felipe (Aidan Quinn) z lewej i Rodrigo (Robert De Niro) z prawej

Zdjęcia Chrisa Mengesa, za które otrzymał w pełni zasłużonego Oscara (R), zapamiętuje się! Amazonia, wioska Indian, zbliżenia na twarze, czy same sceny walki. Widać tu pełny kunszt, a nie samo rzemiosło.

Teraz czas na najpiękniejszą część, czyli muzykę samego Ennio Morricone. Oglądając „Misję” pierwszy raz w życiu, miałem wrażenie, że przeniosłem się do Nieba. Tu powinien był być Oscar (R), ale przypadł Herbie Hancockowi za „Około północy”. Jedynie BAFTA (R) i Złoty Glob (R) trafiły do mistrza Morricone. Uważam to za jedną z wpadek Akademii …

Jako ciekawostkę podam, iż Ennio Morricone dyrygował orkiestrą, grającą m.in. utwory z „Misji” na krakowskim rynku, pod Sukiennicami, w 2007 r., na 750-lecie lokacji miasta Krakowa. Nawiązanie do powstania z 1846 r., okazało się jak najbardziej na miejscu.

Do Oscara (R) za zdjęcia, Złotych Globów (R), BAFTA (R), dopisać należy Złotą Palmę w Cannes (R) dla najlepszego filmu. Tu w pełni zgadzam się z jury na Lazurowym Wybrzeżu. Gwoli formalności, Oscara (R) za najlepszy obraz dostał „Pluton” Olivera Stone – jego jedyny porządny film, tzn. bez teorii spiskowych.

Podsumowując, genialny scenariusz, świetne aktorstwo, doskonałe zdjęcia, piękne przesłanie i wybitna muzyka Ennio Morricone powinny zachęcić do obejrzenia „Misji” Rolanda Joffe. Można nie być religijną osobą, ale piękno tegoż obrazu doceni każdy człowiek z wrażliwością artystyczną. A potem na sercu zrobi się tak jakoś przyjemniej, gdyż okaże się, iż nasze działania mają sens.

(Visited 33 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>