Mariusz Czernic

Miasto żywej śmierci / Paura nella città dei morti viventi (Lucio Fulci, 1980)

Miasto żywej śmierci / Paura nella città dei morti viventi (Lucio Fulci, 1980)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Horror to bardzo stary, ale wciąż popularny gatunek filmowy. Już w epoce kina niemego wykorzystywano efektowną charakteryzację by wywołać u odbiorców uczucie strachu. Specjalistą od metamorfozy był sto lat temu Lon Chaney zwany „Człowiekiem o tysiącu twarzy”. Przez lata tworzyły się różne odmiany gatunku: filmy wampiryczne, ghost story, monster movie i inne. Gdy amerykański twórca Herschell Gordon Lewis zrealizował Krwawą ucztę (1963) pojawił się nowy podgatunek określany jako splatter/gore. Szczególną popularność zyskał on we Włoszech w latach 70. Jeden z tworzących wtedy reżyserów, Lucio Fulci, przez wiele lat szukał dla siebie właściwej drogi i dopiero po sukcesie Świtu żywych trupów (1978) zdecydował, że to właśnie horror gore jest tym, co go najbardziej przyciąga.

Miasto żywej śmierci to jednak nie zamknięcie cyklu zainicjowanego przez George’a Romero, ale rozpoczęcie nowej serii, nad którą składają się także Siedem bram piekieł i Dom przy cmentarzu. Fulci bawi się w nich motywami z klasycznej literatury grozy (Lovecrafta, Poego) i filmowego horroru. Wprowadza wariackie pomysły, które mogą wprawić w konsternację nawet zagorzałego miłośnika gatunku. Oglądane dawniej Miasto żywej śmierci nie spełniło moich oczekiwań, ale powtórzone po latach (gdy już lepiej poznałem filmografię Fulciego) okazało się bardzo interesującym przykładem wykorzystania lęku przed śmiercią i pogrzebaniem żywcem. Ale co chyba bardziej istotne – mamy tu jedne z najlepszych scen gore w historii filmowego horroru. Fabuła to tylko pretekst, by Fulci mógł wykreować takie sceny, na jakie miał ochotę. Nie dokonałby tego bez udziału kreatywnych fachowców od efektów i specjalnej charakteryzacji, którymi dowodził Gino De Rossi.

Gdy ksiądz popełnia samobójstwo to z tym światem musi być coś nie tak. To niecodzienne wydarzenie powoduje otwarcie bramy piekieł i wszelkie złe duchy, demony, umarlaki skazane na wieczne potępienie zyskują wolność i zakłócają spokój małej mieściny o nazwie Dunwich (znajduje się niedaleko Bostonu, ale to fikcyjne miasto, wymyślone przez pisarza Howarda P. Lovecrafta). Tymczasem w Bostonie pewna nieznajoma kobieta ma przerażającą wizję, która działa na nią tak silnie, że traci przytomność. Budzi się w trumnie na cmentarzu i próbuje rozpaczliwie wydostać się z beznadziejnej sytuacji. Ta scena trzyma w napięciu, więc nie należy zdradzać rozwiązania. Należy przejść do następnego rozdziału. A w nim szereg okropności wywołanych otwarciem piekielnych wrót. Te dantejskie sceny trudno opisać słowami, a kto spróbuje ten spotka się z niedowierzaniem i niezrozumieniem. Wiele tu fragmentów makabrycznych, odpychających, szalonych. Fulci czerpie perwersyjną przyjemność z obserwowania strachu na twarzach aktorów, a później także i widzów.

Paura nella città dei morti viventi (Lucio Fulci, 1980)  aa

Trzy filmy Fulciego z lat 1980-81 zyskały miano trylogii nie tylko ze względu na wspólną tematykę, ale też z powodu udziału brytyjskiej aktorki Katherine MacColl. Ładna i charyzmatyczna wykonawczyni pokazała się w tych filmach jako prawdziwa mistrzyni krzyku. Reżyser zapewnił jej takie wrażenia, po których z pewnością miała koszmary. Oglądając Czarnego kota byłem trochę rozczarowany odtwórczynią głównej roli Mimsy Farmer i wydaje mi się, że MacColl lepiej by sobie poradziła. Ale w końcu to nie aktorstwo jest najważniejszym atutem filmów Fulciego, więc wszelkie decyzje obsadowe łatwo wybaczyć. Tak jak i mankamenty w scenariuszu lub efektach specjalnych. Efekty w filmach włoskiego mistrza zachwycają kreatywnością a nie perfekcją techniczną. Dysponowano niewielkim budżetem, który dzięki pomysłowości filmowców wykorzystano bardzo rozsądnie, nie tracąc czasu na zbędne i przegadane sceny. Fakt że w ciągu trzech lat (1979-82) Fulci nakręcił osiem filmów potwierdza, że nie marnował czasu ani pieniędzy, tylko żył i oddychał kinem. I co równie ważne, siedem z nich to mistrzowskie osiągnięcia gatunku (nie widziałem jeszcze ósmego, czyli Manhattan Baby).

W lovecraftowskim mieście wszystko jest możliwe. Jeśli ktoś popełnia morderstwo to nie strzela między oczy ani nie dusi krawatem, bo to by było zbyt banalne, ale przewierca na wylot twarz ofiary. Jeśli ktoś płacze to krwawymi łzami, a gdy wymiotuje to trzewiami. Gdy pada deszcz to razem z robalami i larwami, a gdy ktoś umiera to zanim zostanie pochowany w trumnie i głęboko zakopany w ziemi wraca do świata żywych jako zombie. A czym właściwie jest zombie? W filmie Spacer z zombie (1943) Jacquesa Tourneura tytułowa istota była zupełnie niegroźną chorą kobietą, ale 25 lat później Noc żywych trupów George’a Romero ukazała zombiaki jako budzące grozę stworzenia pragnące ludzkiej krwi. Lucio Fulci w filmie Zombie, pożeracze mięsa podtrzymał taki wizerunek żywego trupa, ale w Mieście żywej śmierci zrezygnował z tego stereotypu. Tutaj zombiaki będące wysłannikami piekła mogą nawet znikać jak duchy. Reguły gatunku są po to, by je łamać i reżyser korzysta z tego prawa. Film będący adaptacją sennych koszmarów okazał się doskonałym i bardzo szerokim polem do popisu dla nieskrępowanej wyobraźni włoskiego artysty.

Scenarzystów nie ograniczały prawa logiki, a reżysera – zasady przyzwoitości. Bardzo dobra jest muzyka, ale to już stało się regułą we włoskich filmach grozy. Kompozytor Fabio Frizzi, a także twórcy oprawy wizualnej Sergio Salvati i Gino De Rossi potrafili wywołać uczucie strachu, niepokoju i wstrętu. Ich kreatywność w połączeniu z perwersyjną osobowością reżysera przyczyniła się do powstania kilku mistrzowskich horrorów, do których recenzowany produkt się zalicza. Szkaradny i popieprzony film o piekle na ziemi nie wszystkim fanom gatunku się spodoba. Bo jest zbyt niekonwencjonalny i szalony. A to dopiero początek jazdy przez piekło. Druga odsłona serii znana pod kilkoma tytułami (The Beyond, Hotel siedmiu bram albo Siedem bram piekieł) zdobyła jeszcze większe grono zwolenników z powodu dzikiej drapieżności i całkowitej rezygnacji z logiki wydarzeń. Natomiast ostatnia część trylogii, Dom przy cmentarzu, wykorzystuje schematy ghost story i slashera, by opowiedzieć kolejną bezkompromisową historię o zetknięciu zwykłych ludzi ze zjawiskami, które przerastają ich wyobrażenia.

 Paura nella città dei morti viventi (Lucio Fulci, 1980)  s city of the living dead

(Visited 19 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>