Agata Malinowska

Miasto 44 (Jan Komasa, 2014)

Miasto 44 (Jan Komasa, 2014)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Sednem „Miasto 44” nie jest politykowanie. W moim przekonaniu – popartym wychwyconymi tu i ówdzie z medialnego szumu wypowiedziami samego Komasy – jest to próba oddania głosu powstańcom. Nie tym, którzy zdawali sobie sprawę z biegu międzynarodowych negocjacji i mogli mieć jakieś pojęcie o ryzyku. To hołd dla młodych, narwanych, naiwnych – takich, którzy poszli do powstania przekonani, że przeżyją 2-3 dni przygody i którzy odkryli, ani „2-3 dni”, ani nawet „przeżycie” nie jest najbardziej prawdopodobną z opcji. Kiedy już moje zmysły, przeładowane hukiem i strzałami karabinów, wróciły do normy, zdałam sobie sprawę, że znam ten klimat. I Wy też znacie. No wiecie – grupka młodzieży wyjeżdża do domu w głębi lasu, przekonana, że czeka ich super impreza.

Miasto 44” realizuje fabularny schemat kina grozy, przedstawiając nam bohaterów z sympatią, ale tak, byśmy się do nich przesadnie nie przywiązali, a potem systematycznie rozrywając ich na strzępy. Powstanie Warszawskie to u Komasy wielka maszynka do mięsa, uruchomiona przez jakieś enigmatyczne dowództwo, które najwyraźniej źle oceniło sytuację. Początkowo sprzyja ona Polakom, ale wkrótce zaczyna zagarniać i entuzjastycznie przerabiać na mielonkę nie tylko bojowników, ale i cywilów, a w końcu także i warszawskie mury. Zagładę miasta, trwającą 63 dni, usiłuje się podać widzom w ciągu dwóch godzin. Publiczność zostaje wytarzana w kanałach, oblana krwią spadającą z niebios, obsypana ludzkim mięsem fruwających w powietrzu po wybuchu czołgu-pułapki. Wraz z cywilami czai się w piwnicy, modląc się o wkroczenie Rosjan, by w zamian za wzniesione modły otrzymać granat wrzucony przez okienko. Stąpa po trupach zaścielających ruiny.

Film naznaczony jest estetyką przesytu, po brzegi wypełniony ultraczerwoną krwią, megagłośnymi wybuchami, baletowymi spektaklami ucieczek w slow-motion. Nawet scena erotyczna – chyba najbardziej żenująca, jaką widziałam w filmie w ciągu ostatnich paru lat – sfilmowana jest jak na adrenalinowym haju. Łatwo jest przeciągnąć tę szarżę aż do śmieszności – w istocie kilka razy ma to miejsce – na ogół jednak Komasa prowadzi ten rozbuchany spektakl pewną ręką. Przynajmniej w zakresie reżyserskim.

Pierwsze recenzje „Miasta 44”, po pokazie na Stadionie Narodowym – były bardzo niepochlebne. Film nie spełnił oczekiwań krytyków, uparcie próbujących porównać go do „Kanału”, gdy bardziej pasowałoby „Idź i patrz”. Nie zadowolił środowisk konserwatywnych, oczekujących zapewne panegiryku na cześć powstańców, podczas gdy młodym ludziom na ekranie nie tylko brakuje żołnierskiej dyscypliny czy zwykłej zimnej krwi, ale nawet przyzwoitości nakazującej uprawianie seksu poza kadrem. Nie ucieszył rewizjonistów, pragnących jasnego komunikatu o tym, że powstanie było zbrodniczym błędem, a zmuszonych do oglądania apolitycznie miotającego się w agonii mięsa. Tych ostatnich oburzył w szczególności ostatni kadr – panorama współczesnej Warszawy, sugerująca jakoby, iż powstańcy zginęli, by dziś miasto mogło żyć w swej odnowionej postaci, powstałe jak feniks z popiołów.

Dla mnie – miłośniczki filmów grozy – jest to klasyczne zakończenie horroru, w którym ostatni ocalały, nareszcie bezpieczny, spogląda z oddali na nawiedzony dom – grób jego towarzyszy. Warszawa może być dzisiaj miastem bogatym i dumnym, o szerokich bulwarach wybudowanych w miejsce zmasakrowanych wąskich uliczek. Ale jest też miastem, które literalnie stoi na trupach domagających się nie tyle czci, ile po prostu pamięci. Miastem, w którym co trzeci róg ozdobiony jest tablicą z wypisaną dwucyfrową liczbą rozstrzelanych w tym miejscu ludzi. To w tym mieście stoi pomnik Małego Powstańca – pamiątka hańby, jaką jest angażowanie dzieci do działań wojennych. Oczywiście, że jest to wizja, która nikogo nie zadowala – przypomnienie, że wojna jest piekłem, to przecież banał. Ale banał, który, choć nikogo nie usatysfakcjonuje, może być dziś bardzo potrzebny.

Film Komasy może być przeszarżowanym horrorem, ale stanowi porządną, drastyczną odtrutkę na mit powstania jako teatru bohaterstwa, odgrywanego przez seksownych młodzieńców i piękne dziewczyny z biało-czerwonymi opaskami na rękawach. Na gry planszowe „Mały powstaniec” i koszulki z sitodrukiem krwawych śladów po kulach. Film nie oparł się rzecz jasna szaleństwu promocji – redakcyjna skrzynka pęka w szwach od materiałów prasowych, media buzują od wywiadów, Internet ocieka stylizowanymi zdjęciami bohaterów. Jednak, stwierdzam to z nieukrywaną satysfakcją, raczej nie wpisze się w trend kreujący modę na Powstanie Warszawskie. „Miasto 44” nie realizuje misji rozumianej jako szerzenie kultu lub podpieranie obowiązującej polityki historycznej. Przypomina jedynie to, że obwożone po Warszawie na zderzakach samochodów naklejki z datą1944 i znakiem Polski Walczącej to nie patriotyczny fetysz, lecz pamiątka po straszliwej, krwawej tragedii. A więc żaden asumpt do dumy.

(Visited 13 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>