Agata Malinowska

Matka Teresa od kotów (Paweł Sala, 2010)

Matka Teresa od kotów (Paweł Sala, 2010)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Tegoroczny festiwal w Gdyni prezentował się raczej mizernie, jednak większość sprawozdawców nie omieszkała napisać dobrego słowa o nowym filmie Pawła Sali. Nic dziwnego więc, że na Nowych Horyzontach wolne rezerwacje na „Matkę Teresę od kotów” były towarem deficytowym, których efemeryczny byt kończył się parę minut po północy. Heroicznym wysiłkiem zaklepałam sobie jednak miejsce na sali (jak się okazało, w pierwszym rzędzie) i teraz relacjonuję, że faktycznie warto.

Scenariusz opiera się na autentycznym przypadku matkobójstwa, nie stara się jednak budować napięcia oczekiwaniem na przemoc. Zabójstwo „odfajkowuje” Sala na początku filmu – wiemy, kto zabił, kogo zabito, kto odkrył zwłoki. Wiemy też, że sprawców schwytano. Co pozostaje? Oczywiście motyw. „Matka Teresa od kotów” to podróż w przeszłość, niespokojne rozpatrywanie minionych wydarzeń w poszukiwaniu odpowiedzi. Kiedy zapadła decyzja o losie ofiary, jakie wydarzenie, która kłótnia lub upokorzenie były tym decydującym? Cofamy się tak ponad rok, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, mamrocząc pod nosem „jeszcze nie teraz, jeszcze nie”… Wreszcie niczym powierzchnia wody po wrzuceniu kamienia, chaos przed morderstwem uspokaja się, by roztopić się w morzu spokoju. W idyllicznym, wydawałoby się, obrazie polskiej rodziny, model 2+3 – Teresa, Hubert, mała Jadzia i dwóch synów – Marcin i Artur.

Artur – przyszły matkobójca, typ nieudacznika. Wydaje się, że materia drwi sobie z jego planów i zabiegów, że wszystko układa się zawsze tak, by mu w czymś przeszkodzić. Artur opętany jest myślą o nadprzyrodzonej mocy, jakby desperacko chciał zmusić wszechświat, by był mu posłuszny. Tymczasem jedynym, co może kształtować wedle upodobania, jest osobowość młodszego brata. Dla Marcina Artur jest wielkim magiem, życiowym autorytetem, którym nie został dla niego ojciec-żołnierz, toczący wojnę w dalekim Afganistanie. Bracia otorbiają się we wspólnym świecie, bezsilnie obserwowani przez matkę, która daremnie próbuje wyrwać Marcina spod zgubnego wpływu. My, widzowie, wiemy już, że braterską więź niebawem przypieczętuje jej krew.

„Koty mają przejebane…”

- mówi Artur, gdy chce zdenerwować matkę. Mieszkanie jest pełne miauczących czworonogów. Teresa leczy je i hołubi pod zazdrosnym okiem syna. Czy kocha je bardziej niż dzieci, które niczym układ bliźniaczych planet dryfują gdzieś daleko? Czy bardziej niż męża, który po powrocie z wojny zamienił się w smutny wrak człowieka, komunikujący się z nią monosylabami? Jako przygodni podglądacze nie zbliżymy się do prawdy. Ona sama nigdy nam tego nie powie, zajęta pracą, opieką nad Jadzią i rozpaczliwą walką z synami o synów, z mężem o męża. Teresa nie szczędzi nikomu uczucia – takiego, na jakie ją stać. Czasem „najlepiej jak umiem” nie oznacza „wystarczająco”.

Matka Teresa od kotów” to niepokojące studium rozpadu rodziny, która nie była bardziej skazana na tragedię niż inne. Czy widzimy jej zalążki w szczęśliwym pięcioosobowym stadle na wspólnym wypadzie do lasu? Już wtedy widać, że Artur to pechowiec, widzimy też, że ojciec go lekceważy. Czy to niewielkie upokorzenie, jakiego starszy syn doznaje na wycieczce, wyzwala w nim chęć zemsty? To Artur odbierze Hubertowi miłość Marcina, wyrzuci go z domu i zabije mu kobietę, by potem pójść do więzienia, odprowadzany pieśnią o śmierci. Film Sali nie odpowiada nam na te pytania. Wyłącznie je zadaje.

Scenarzysta i zarazem reżyser „Matki Teresy” utrzymuje, że nie interesuje go morderstwo. To widać – najwięcej miejsca zajmuje w tym filmie sam proces przemiany panujących w rodzinie stosunków. Trudno jednak sprawić, by morderstwo nie interesowało widza – patrzymy więc na Teresę i jej synów przez krwawy pryzmat, który zmienia nasze spojrzenie w dociekliwy wzrok detektywa. Nasz percepcja zostaje wypaczona już na wstępie, każda kłótnia jest dla nas podejrzana, każdy chory pomysł Artura – początkiem zbrodni. Ten zabieg sprzyja myśleniu, ale nie obiektywnej obserwacji – szukamy punktu zwrotnego i czujemy się rozczarowani, gdy go nie znajdziemy. Jeśli Sala pragnął prowokacji – udało mu się. Jeśli czystego studium psychologicznego – być może lepszy byłby tradycyjny scenariusz.

Ten przyciężki, ale i wartościowy film zrealizowano bardzo pieczołowicie – starannie dobrana paleta kolorystyczna, gdy oddalamy się w czasie od morderstwa, przechodzi od zimnych granatów i szarości do miodowych pomarańczy i świetlistych zieleni. Znakomite są tu męskie role – znany z „LasuDumały Mariusz Bonaszewski jako Hubert, młody Filip Garbacz jako Marcin (bardzo chwalony za rolę w „ŚwinkachGlińskiego) i niepokojący Mateusz Kościukiewicz jako psychicznie niezrównoważony Artur. Komplement należy się również za bardzo efektowną ostatnią scenę. Jest to zdecydowanie film godny zeszłorocznego, bardzo udanego festiwalu w Gdyni, festiwalu „Domu złego” i „Rewersu”. Tylko przypadkiem należy tłumaczyć fakt, że nakręcono go później. Jeśli Sala potrafi bawić się czasem, czas również potrafi bawić się Salą.


Matka Teresa od kotów (Paweł Sala, 2010)  a Matka Teresa od kotów (Paweł Sala, 2010) Matka Teresa od kotów (Paweł Sala, 2010)  aaa

 

(Visited 9 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>