Michał Vorbrodt

Mary Is Happy, Mary Is Happy (Nawapol Thamrongrattanarit, 2013)

Mary Is Happy, Mary Is Happy (Nawapol Thamrongrattanarit, 2013)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Scenariusz filmu oparty jest na 410 twittach przypadkowo wylosowanej, autentycznej użytkowniczki. Musiałem to zobaczyć. Czegoś takiego przecież jeszcze nie było. Żyjemy w 21. wieku, gdzie liczbę wieków pisze się cyframi arabskimi, aby to podkreślić. Młoda część społeczeństwa praktycznie nie może żyć bez witryn społecznościowych. To teraz ich życie towarzyskie. I nie mówię tylko o Polsce. Wszędzie tam gdzie jest Internet obserwujemy podobne zjawisko. Pisanie publicznych pamiętników nikogo już nie dziwi. Internetowy ekshibicjonizm wrósł nam pod naskórek, a próżność ma się dobrze. Mówię przecież wyłącznie do osób, które czytają tego bloga, co znaczy, że w 99% wypadków aktywnie korzystają z komputera. To film dla nas, moi drodzy.

Czego innego się jednak spodziewamy, bo „oparty na twittach” nie zawsze oznacza skonstruowane z nich dialogi. Czasem wpis twitterowy jest jedynie myślą w głowie bohaterki, a jeszcze rzadziej refleksją luźno związaną ze sceną. Poprzedzone charakterystycznym dźwiękiem wciskania klawisza, wyświetlają się one na ekranie na kilka sekund. Nie przeszkadza to zupełnie w odbiorze filmu. Reżyser, zdaje się, przemyślał dobrze sprawę i wszystkie twitty pojawiają w miejscu, kiedy akurat mamy czas, by przeczytać trochę tekstu. Nie męczy nas to, a nawet szybko się przyzwyczajamy, bo to przecież strukturalny element filmu. Tym bardziej, że wpisy te są albo twórcze albo po prostu śmieszne, więc jeszcze upiększają już zabawne sceny.

Z tym opieraniem scenariusza na twittach byłbym jednak ostrożny. Fabuła jest z nimi nierozerwalna, ale ma się czasami wrażenie, że historia podobnej uczennicy z podobnymi perypetiami powstała wcześniej, a teraz reżyser podciągnął ją pod oryginalną i chwytliwą formę (patrz akapit pierwszy). Nie winię go jednak o nic. Jego pomysł, on jest pionierem i jemu należą się oklaski.

Za pomysł oczywiście. Bo film zaczyna się z kopyta. Zaprasza nas, ciągnąc za rękę, w świat zwariowanych pozytywnie (ulubione określenie na portalach społecznościowych) nastolatek – głównej bohaterki Mary i jej najlepszej przyjaciółki Suri. Razem z nimi przeżywamy tragikomiczne przygody – pędzimy za Mary do Paryża, kupujemy meduzę jako zwierzątko domowe, podejmujemy 100 czynności na sekundę i słuchamy rozmyślań właściwych każdej nieszczęśliwie zauroczonej dziewczyny. Niestety film szybko traci rozpęd, jakby reżyser mniej więcej w połowie wyczerpał swoje pomysły, walające mu się po głowie od dawna i nagle musiał dokończyć scenariusz na siłę. Przestaje być śmiesznie, twittery już nie są tak błyskotliwie powiązane z historią, a sytuacje zdają się powielać na naszych oczach. Wciąż dzieje się to samo i nawet szok z związany z nagłym odejściem Suri nie robi żadnego wrażenia.

Film rozciąga się przeraźliwie i w kierunku końca dłuży się coraz bardziej. Uśpił wszystkich otaczających mnie (obcych) ludzi. Ja się trzymałem, choć z trudem. Potwierdziła się teza, którą postawiłem dawno temu – nie należy rozwlekać tematu. Jeśli historię można przekazać w 90. minutach, to nie ma potrzeby rozciągania tego do 132. Nie tylko dzieje się to, co już było, ale ulec można złudzeniu, że nawet niektóre sceny już widzieliśmy. Brwi mimowolnie się ściągają, a myśli krążą wokół tego co można by robić zamiast oglądania filmu.

Korzystając z techniki kanapki, aby konstruktywnie krytykować początkującego przecież reżysera, wrócę do zalet. Z tychże twittów i obrazu przyjaźni dwóch licealistek powstało przedstawienie niewinne, które ogląda się jednocześnie wspominając własne fascynacje (odpały) i nietypowe postępowanie (jazdy) za młodu. Mimo ewidentnych roszczeń Mary do włączenia się w grono artystyczno-roztrzepano-wrażliwego, nie odczujemy tu nieprzyjemnego nastroju pretensjonalności, a to dla mnie najważniejsze. Film kręcony jest z ręki, co chwilami bywa uciążliwe, ale nadaje mu to bardziej luźny charakter. Jeszcze bardziej kameralnie czujemy się dzięki widocznej sympatii między dziewczynami. Nie znalazłem infromacji na temat ich relacji prywatnych, ale jeśli nie były koleżankami wcześniej, to prawdopodobnie zostały nimi po filmie. Po zdjęciach z profilu facebookowego reżysera wnieść można, że na planie atmosfera była bardzo sympatyczna.

To wcale nie dziwi, bo ciepło bije z ekranu. Pomimo kilku nieprzyjemnych sytuacji, pierwsza część filmu nie traci pozytywnego nastawienia. Później przeradza się ono w melancholię, ale do tego momentu na pewno zdążycie zasnąć. Autor twierdzi, że film był tylko eksperymentem. Czy można? Można, ale z umiarem.

(Visited 4 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>