Michał Vorbrodt

Magia w blasku księżyca / Magic in the Moonlight (Woody Allen, 2014)

Magia w blasku księżyca / Magic in the Moonlight (Woody Allen, 2014)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Ach, Woody, Ty wiesz, że ja Cię uwielbiam, prawda? Od paru lat coroczną tradycją z mą lubą jest wybieranie się do kina na nowy film Allena. Skoro już rok w rok je wypuszcza, a są w tonie odpowiednim na randkę, to czemu nie? Tu coś o miłości, tam jakiś inteligentny monolog, w konwencji nie zmienia się wiele. I z tej sympatii właśnie z trwogą oglądam co roku nowe zwiastuny. Co też poczciwy staruszek znowu wymyślił? Czy nie naważył sobie za wiele? Czy znowu nie kalkował sam siebie? W odpowiedzi na zaproszenie na film krzyknąłem głośno NIGDY! Raz, że Allen tylko w ramach corocznej tradycji, a dwa, że zwiastun wykrzywił mi gębę i zasmucił głęboko. Czy to koniec nowojorczyka?

Mówię o końcu Allena we wstępie – brzmię jak poddziennikarz z tabloidu, wiem. Ale ogarnia mnie przemożny strach już podczas zwiastunów i reklam, poprzedzających film, którego wiodącym motywem jest miłosny, jednego z moich ulubionych reżyserów, który ma już 78 lat. To z czystej sympatii i szacunku przecież, co złego to nie ja. W filmie Reżyseria: Woody Allen tłumaczy on, że zupełnie nie rozumie zarzutów takich jak ten wyżej. Czuje się jak najbardziej na siłach kręcić o miłości, co więcej, nie zamierza zwolnić tempa, bo produkcja filmu mniej niż co roku „jest bez sensu”. Unormowana przez lata higiena pracy na pewno pomaga się wyrobić w terminie. Podobnie pomysły na kolejne obrazy zapisane na przypadkowych kawałkach papieru. Ale czy to nie rutyna? Pasmo poszczególnych ruchów, które należy wykonać, aby powstał film, jak określona sekwencja wciskania konkretnych przycisków na padzie, aby wykonać unikalny ruch postacią w grze? Czy po dziesiątym razie wciąż będzie unikalny?

W skali świata na pewno. Nie ma stylu allenowskiego w nie allenowskim wydaniu. Tworzy filmy jedyne w swoim rodzaju. Nieważne czy to zabawny romans jak Annie Hall, czy ciężki dramat jak zeszłoroczny Blue Jasmine. Woody jedzie innym wózkiem niż wszyscy. Każdy wie, że jego filmy są komercyjne, ale nikt nie nazwie ich bezmyślnym nurtem głównym, nastawionym na zysk. Bo to nie synonimy, czego przykładem jest właśnie ten reżyser. Więc dlaczego co roku z obawą czytam newsy filmowe? Bo jego produkcje niestety tracą polot. Są schematyczne wewnątrz swojej unikatowej formy. Nie chodzi nawet o przewidywalność, ale niewywoływanie uczucie ekscytacji podczas projekcji. Przecież oglądam obraz swojego ulubionego reżysera, powinien on jakoś do mnie docierać. Tymczasem jego filmy spływają po człowieku, zostawiając ślad dobrze spędzonych dwóch godzin. Dobrze, ale nic ponadto. Magia jest tego najlepszym przykładem. Na pytanie „i jak film?” nie pozostaje odpowiedzieć nic innego jak tylko „dobry, naprawdę, ale…”. Ciekawy kontekst okoliczności czasów międzywojennych, ale jest niczym nieuzasadniony, dodaje jedynie nastroju, co jednak gros osób wysoko ceni. Niebanalna sytuacja, w której spotkali się główni bohaterowie, która jednak jest, mam wrażenie, jedynie pretekstem dla reżysera, aby filmowo przenieść się na Lazurowe Wybrzeże ze swojej osobistej sympatii. I bez „ale”, czyli kolejny pretekst, aby myśliciel Allen mógł przemycić swoje poglądy, w tym przypadku sceptycyzmu i ateizmu. Wykorzystywanie swojego autorytetu artystycznego do takiego postępku podlegać może etycznej ocenie, której nie zamierzam się podejmować, ale jedno jest pewne – robił to od zawsze i albo się to akceptuje i ogląda, albo nie.

Magia w blasku księżyca to lekka komedia romantyczna. Nie jest wolna od typowych dla reżysera intelektualnych monologów, ale wciąż pozostaje rozrywką niewymagającą. Niektóre dialogi nawet są zbyt allenowskie – rozwodzą się niepotrzebne długo w stosunku do przekazanych informacji. Widać to w scenie finałowej, w której główny bohater zdaje sobie sprawę ze swoich uczuć, ale czyni to tak długo, że widz zaczyna z nudów językiem liczyć zęby. Sytuacja jest podobna jak w przypadku filmu Baby są jakieś inne, w którym bohaterowie komunikują się w typowym dla Koterskiego, nie ulega wątpliwości, że genialnym dialekcie języka polskiego, ale z taka upartością i natężeniem, że po 20 minutach ma się dosyć. Znak firmowy eksploatowany do granic możliwości stanie się zmorą odbiorcy. Panowie, więcej umiaru.

Nie mogę powiedzieć, że na seansie się nudziłem, ale nie jest to film szczególnie absorbujący. Mimo niepowtarzalnych sytuacji dzieje się on jakoś powoli i ospale. W dużej mierze to przez aktorów, których gra raczej nie jest ekspresywna, pomijając może spirytystyczne doznania Sophie, które bardziej są zespołem zabawnych grymasów. Oprócz punktu kulminacyjnego, który może być zaskoczeniem ze względu na obniżone oczekiwania na jakikolwiek zwrot akcji, to zakończenie jest oczywiste od początku. Siedzenie w fotelu i oglądanie jak do tego dojdzie nie znajduje się na mojej liście najbardziej interesujących czynności. Niestety wszystkie filmy Woody’iego ostatniej dekady mają taki sam schemat.

Rok temu, po wyjściu z seansu Blue Jasmine rozgorzała dyskusja na temat przyszłości Allena. Zapowiadałem wtedy gorzko, że się już skończył, że nic nie będzie takie jak Annie Hall czy Manhattan. Mocno przesadziłem, ale faktem pozostają rutynowo przeprowadzona reżyseria i powolna, nieintrygująca fabuła. Scarlett Johansson, podczas zdjęć do Wszystko gra z rozczarowaniem wyznała, że praca z Allenem jest niezwykle trudna. Nie komunikuje się on ze swoimi aktorami, tylko pędzi przez scenariusz, a jeśli na stole montażowym coś nie wygląda jak powinno, to ponownie zbiera ekipę i kręci sceny od początku. To dla aktora ogromna odpowiedzialność, ale mam nieodparte wrażenie, że to również oznaka lenistwa reżysera. „Będzie jak będzie, nie po to zaangażowałem profesjonalistów światowej sławy”. Jako lojalny (mimo wszystko) fan daję sobie prawo to skrytykowania metod mistrza. Tak nie można, to marnotrawienie potencjału ukrytego w filmie. Na tym polega praca reżysera, aby pokierować nim w odpowiednią stronę. Nic się samo nie robi, mawiali moi rodzice, a sprawy trzeba brać w swoje ręce. Jeśli nie ma na to ochoty, może wystarczy już. Spuścizna artystyczna jest więcej niż bogata i bije od niej wspaniałość wielkiego reżysera. Ale poziom z roku na rok maleje. Proszę, niech nie jego biografia nie kończy się zdaniem „w swoim życiu wyreżyserował więcej filmów niż ktokolwiek inny”, bo nie o to chodzi.

Woody Allenie, wciąż jesteś niepokonany. Na plakacie tuż pod tytułem wystarczy twoje nazwisko a sale się wypełniają. Nie przeholuj. Zakończenie kariery w tym wieku i z takim dorobkiem to nic innego jak chwała. Nam nie potrzeba więcej popularnych komedii romantycznych, ich jest mnóstwo, a pamięć po mistrzu wciąż pozostanie nienaruszona. W końcu trzeba wiedzieć, kiedy z ringu zejść niepokonanym.

(Visited 10 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>