Mariusz Czernic

Mad Max: Na drodze gniewu / Mad Max: Fury Road (George Miller, 2015)

Mad Max: Na drodze gniewu / Mad Max: Fury Road (George Miller, 2015)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

What a Lovely Day! Wreszcie nadszedł ten dzień, kiedy po wielu latach przygotowań można zobaczyć wielki come back George’a Millera, który 36 lat temu zadebiutował szalonym futurystycznym thrillerem z udziałem nieznanego wówczas Mela Gibsona. W dobie Gwiezdnych wojen taka niskobudżetowa i dosyć brutalna utopia miała niewielkie szanse na sukces. A jednak film zdobył tak duże powodzenie, że Miller i Gibson nie tylko dokręcili sequele, lecz również wpadli w trybiki hollywoodzkiej machiny. Wstępne zapowiedzi nie napawały optymizmem. Bo jeśli coś było trylogią to dokręcanie czwartej części po upływie 20 lat zakrawa na kiepski żart lub łatwy skok na kasę. Gdy jednak film wzbudził zachwyt na festiwalu w Cannes, gdzie był pokazywany poza konkursem, stało się jasne, że nie zmarnowano ani czasu ani pieniędzy.

Nie dla fabuły ogląda się kino post-apo. Gdy zerknie się na najważniejsze filmy przynależne do tego podgatunku to widać, że fabuła jest zawsze pretekstowa. Schemat jest następujący: grupa ludzi ocalałych po wielkiej katastrofie walczy o przetrwanie. Katastrofizm podkreślają rozległe, niekończące się pustynne tereny, nie widać roślinności, oazy ani wielkich miast. Cywilizacja legła w gruzach i konstytucyjność została zastąpiona prawem silniejszego, tyranią i chaosem. Już od pierwszych minut Fury Road zaskakuje furią, zagęszczeniem emocji i spiętrzeniem atrakcji. Istne pandemonium pełne pościgów, eksplozji i kanonad. Tytułowy Max jest jak pies w kagańcu i na smyczy, nie może się skutecznie obronić ani walczyć. Do czasu, gdy poznaje grupę bojowych kobiet, uciekinierek z Cytadeli. Furia nie ustaje, ale rozpoczyna się nowy rozdział w jego życiu.

Nie będę całkowicie bezkrytyczny, bo jednak nadmiar efektów wizualnych był jak dla mnie zbyt przytłaczający. Szczególnie w pierwszej części filmu przesada w nagromadzeniu pirotechnicznych trików stawała się nie do zniesienia. Dlatego potrzebowałem czasu by wejść w ten klimat. Dopiero pierwsze spotkanie Maxa z imperatorką Furiosą dało mi nadzieję na to, że to może być przyjemny seans. Znakomita scena walki pomiędzy tą dwójką protagonistów uzmysłowiła mi jeszcze jedną rzecz – scen walk mogło tu być znacznie więcej kosztem nieznośnej pirotechniki. Niewątpliwą zaletą jest szaleństwo, pasja, umiar w stosowaniu CGI, czyli to czego brakuje wielu współczesnym blockbusterom. George Miller ukończył już wiek emerytalny, ale nie brakuje mu zapału i zręczności, których pozazdrościć mu może wielu młodych filmowców. Pomagał mu operator John Seale (także „emeryt”). Arcytrudne zadanie miała żona reżysera, montażystka Margaret Sixel, która musiała ogarnąć ogromny materiał i skleić go w sensowną całość.

Podobno tylko 20% efektów specjalnych zostało wygenerowanych w komputerze. Sporo trików, zarówno tych tworzonych na planie jak i w postprodukcji, jest zbyt krzykliwych, robionych pod 3D, ale nawet oglądane w specjalnych okularach nie wbijają w fotel tak jak powinny. Liczne pochwały, szczególnie te napływające z Cannes mogły trochę zaszkodzić, bo niektórzy z pewnością będą się spodziewać Bóg wie czego, zamiast cieszyć znakomitym, acz nie rzucającym na kolana, kinem akcji. Kinem pozbawionym głębi psychologicznej, tak bardzo pożądanej przez bywalców canneńskiego festiwalu. Bardzo tu pomaga dobre aktorstwo. Tom Hardy ma w sobie dość charyzmy i talentu, by unieść ciężar kultowej postaci, a Charlize Theron jest już na tyle doświadczona i charakterna, by widz uwierzył w buntowniczy charakter imperatorki. Doskonale w tym uniwersum odnalazł się Nicholas Hoult, to on jest tu najbardziej szalony i nieprzewidywalny.

Psychologia postaci jest uproszczona, realizatorzy nie udają że to coś więcej niż kino rozrywkowe mające dostarczyć niezapomnianych wrażeń. Mad Max jest więc człowiekiem czynu, który nie strzępi języka na darmo. Był kiedyś policjantem, ale po tragicznej śmierci żony i córki (zabitych przez gang motocyklowy) stał się buntownikiem przeciwko systemowi opartemu na terrorze i strachu. Dręczony wspomnieniami, prześladowany przez lokalną łobuzerię Max przyłącza się wkrótce do bojówki złożonej z zadziornych kobiet. Okazują się one równie harde, co postać Hardy’ego. Feministyczny wydźwięk odróżnia produkcję od poprzednich części. Stanowi nie lada atrakcję, wprowadza szczyptę zmysłowości i czyni ten futurystyczny świat względnie atrakcyjnym i nie takim strasznym jakim się na pozór wydaje.

Na drodze gniewu to wyśmienite kino rozrywkowe, nie dorównujące jednak pierwszemu sequelowi, czyli Wojownikowi szos. Miałkość fabularna w kinie akcji nie jest grzechem, ale jednak tamten obraz cechował się większą inwencją, finezją i zabawą. W jednym i drugim przypadku pieniądze nie zostały zmarnowane na zbędne sceny, ale jednak producenci Fury Road mocno przepłacili, bo za 150 milionów dolarów mogliby nakręcić kilka świetnych filmów akcji. Nowe dzieło Millera i tak bije na głowę przepełnione patosem blockbustery Christophera Nolana, infantylne adaptacje komiksów o superbohaterach oraz całe to amerykańskie badziewie za grube miliony. Myślę, że po premierze wielu widzów zapragnie powrócić do stworzonego przez Millera świata, by obejrzeć raz jeszcze młodego Mela Gibsona w czarnym wdzianku, czarnym Specialu V8, z australijskim psem pasterskim u boku i obrzynem w dłoni.

Trailer

Galeria

(Visited 485 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>