Przemysław Sopocko

Łzy słońca / Tears of the Sun (Antoine Fuqua, 2003)

Łzy słońca / Tears of the Sun (Antoine Fuqua, 2003)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Przenosimy się do Nigerii. Ogarniętej wojną, w której zabito prezydenta wraz z całą rodziną przy przeprowadzaniu zamachu stanu … czyli codzienność w Afryce wg Hollywood. „Łzy Słońca” (ang. „Tears of the Sun„), bo o nich mowa, zostaną przeze mnie opisane.

Antoine Fuqua („Dzień próby”, „Król Artur”) nakręcił film akcji, a raczej łzawe „dziełko” o dzielnych komandosach „made in USA”, ratujących dzieci z Nigerii. A pomagają małolatom, bo uparła się pani doktor, pracująca na misji. Schemat, jednym słowem. Może zacznijmy od samego początku.

W Nigerii dochodzi do zamachu stanu. Żandarm świata, czyli USA reagują. Chcą ratować swoich obywateli i tylko ich. Dowódca Navy Seals (komandosi Marynarki Wojennej, tzw. Komando Foki) – Bill Rhodes (Tom Skerritt), doświadczony żołnierz wysyła podległy sobie oddział najlepszych komandosów, dowodzony przez A.K. Watersa (Bruce Willis), żeby uratował dr Lenę Kendricks (Monica Bellucci), obywatelkę USA, pochodzącą z Włoch.

Po przybyciu na miejsce, dr Lena nie chce porzucić nigeryjskich dzieci. Waters przystaje na jej żądanie. Teraz rozpoczyna się walka o przetrwanie w dżungli. Komandosów gonią  nigeryjskie wojsko i bojówki, gdyż między młodymi ukrywa się jedyny syn zabitego prezydenta Nigerii. Całe zadanie to przedrzeć się do granicy z Kamerunem…

Przesłodzona fabuła, ale przemoc bardzo realistyczna. Z czasem Waters zakocha się w Lenie, mimo, iż na samym początku wciąż się kłócą. Czyli nic nadzwyczajnego, a szkoda. Można byłoby to inaczej rozegrać. Moim zdaniem wyszedł film dla kobiet, który zawiera trochę więcej przemocy, niż zazwyczaj.

Zacznijmy od aktorstwa. Bruce Willis, czyli ekranowy twardziel, razi tutaj swoim papierowym wymiarem. To on jest tym dobrym, silnym itd., który pokona każdego wroga. Łamie rozkaz, żeby wyjść na przeciw dr Lenie, którą z czasem zaczyna darzyć uczuciem. Mnie aż wykręca. Szkoda Willisa na takie łzawe historyjki.

Monica Bellucci, podobnie do Willisa, wydaje się być postacią papierową. Ma swoje racje, ale brak tu rozterek. Szkoda takiego potencjału, a przecież nawet w drobnej roli w „Draculi” Coppoli zaprezentowała się lepiej, o „Malenie” nie wspominając. Tom Skerritt – jakby podróbka samego siebie z „Top Gun”, gdzie też grał doświadczonego dowódcę.

Wykonanie jest w porządku. Mauro Fiore (Oscar (R) za „Avatara”) fachowo operował kamerą. Oświetlenie, ruchy obiektywu w scenach akcji, zbliżenia na postaci. Dobra robota, ale to nie był artyzm.

Muzykę Hansa Zimmera, laureata Oscara (R) za „Króla Lwa”, określiłbym jako przyzwoitą. Nie każdy tworzy wielkie dzieła przy wszystkich możliwych okazjach. Tutaj, pojawiają się dwa główne motywy. Śpiewy rdzennych Afrykańczyków podobają się, to prawda. Jednak zabrakło mi czegoś w twórczości Hansa Zimmera. Jedynie rutyna i nic ponadto.

Podsumowując, określiłbym „Łzy Słońca” jako „film akcji z fabułą w tle”. Bruce Willis prowadzi komandosów przez dżunglę, chroniąc panią doktor z Nigeryjczykami. Poświęcają się dla ratowania ludzi. Oczywiście happy end jest tandetny – nagle przy granicy z Kamerunem przybywa wsparcie Marines … Ładne wykonanie, muzyka Hansa Zimmera, aktorzy i tyle. Treść schematyczna i łatwa do przewidzenia. Można obejrzeć, ale szkoda czasu.

(Visited 18 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>