Agata Malinowska

Labirynt / Prisoners (Denis Villeneuve, 2013)

Labirynt / Prisoners (Denis Villeneuve, 2013)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Wiadomo nie od dziś, że Hollywood przypomina wielką czarną dziurę, która zamiast obiektów obdarzonych masą wciąga filmowców obdarzonych talentem. Twórcy ci, jeśli mają szczęście, otrzymają projekt na miarę ich zainteresowań i włożą weń swój artystyczny zapał, którego nie zdążyli jeszcze złamać wszędobylscy i wszechmocni producenci. Jeśli coś mnie zatem dziwi w przypadku Denisa Villeneuve, reżysera „Pogorzeliska”, to nie to, że zrobił film gatunkowy z gwiazdami w głównych rolach. Jedynie to, jak łatwo i szybko dostosował się do miejscowych standardów, tworząc kino, które byłoby może ostre, gdyby nie mitygowało go formalne uładzenie, promocja Wartości i dbałość o wrażliwe żołądki. Ale i taki, przyznajmy to mimo wszystko, na który warto wybrać się do kina.

Labirynt” to historia porwania dwojga dziewczynek, osadzona w scenerii niebogatej, ale raczej porządnej, amerykańskiej społeczności. Głównym podejrzanym jest jeżdżący obskurnym kamperem, umysłowo upośledzony mężczyzna z sąsiedztwa. Dowodów jednak nie ma, toteż policja, w postaci przystojnego detektywa (świetny Jake Gyllenhaal), ma związane ręce i musi zwrócić mu wolność. Ten nie cieszy się nią jednak długo. Zdesperowany ojciec jednej z dziewczynek decyduje się uprowadzić go i wydobyć z niego miejsce pobytu dzieci wszelkimi dostępnymi metodami.

Oczywiście jest to film o facetach, bo w hollywoodzkim uniwersum tylko oni nadają się do tego, by nadać bieg fabule. Kobiety, powiadomione o porwaniu ich dzieci, pogrążają się w psychotropowej śpiączce lub zaczynają tępo wgapiać się w nie pozmywane naczynia. O dziewczynkach nie ma zaś sensu pisać, zostały bowiem potraktowane całkowicie pretekstowo. Po okazaniu standardowej dziecinnej słodyczy natychmiast znikają z ekranu. Przyjmijmy więc dla wygody: „postaci” = „mężczyźni”.

Wracając do naszych baranów: zarys fabuły brzmi trochę jak scenariusz filmu exploitation, jednak Villeneuve jest typem reżysera, który pozornie się szanuje i nie pokazuje na ekranie nagiej przemocy rodem z „7 Days”. Nie, ten film ma ambicje, by opowiedzieć o upadku wartości – tradycyjnego modelu rodziny i ojcostwa, a także samowystarczalności graniczącej niekiedy z paranoją. Hugh Jackman, czyli filmowy ojciec-porywacz, to klastyczny typ patriarchalny, czujący się w obowiązku zapewnić rodzinie nie tylko bezpieczeństwo materialne, ale nawet przetrwanie w przypadku zombie apokalipsy (jego piwnica pełna jest zapasów).

PRISONERS
Uprowadzenie i tortury, będące w jego przekonaniu kolejnym aktem ochrony, są tak naprawdę irracjonalną zemstą, wyrazem zranionej dumy i bezradności. I jeśli ten film faktycznie nadaje się na metaforę Ameryki jako kraju, który po zamachach 11 września stracił nie tylko obywateli, ale też przekonanie o własnej niezniszczalności, to właśnie dzięki tym scenom. Scenom, w którym ceną za cios w miłość własną i za traumę utraty bliskiej osoby, jest cudza wolność i krew.

Wspomniany wyżej pozorny szacunek do siebie szybko jednak objawia swoją efemeryczność: katowanie upośledzonego zostaje biegusiem usprawiedliwione. Wypadałoby teraz wyłączyć klucz post-zamachowy, jednak metafora, raz uruchomiona, rozwija się dalej sama. Nie ma litości dla tych, którzy naruszają nasz porządek i podnoszą rękę na nasze wartości. Dla ratowania naszych dzieci opłaca się naruszyć prawo, konwencje, umowy i konwenanse. Właściwie to chyba wolałabym trochę nagiej, pozbawionej hipokryzji przemocy, dziękuję bardzo.

Oczywiście można nie wchodzić na tak grząski grunt. Villeneuve zaprasza nas, by pobrodzić raczej w przybrzeżnych płyciznach, podrzucając wskazówkę w postaci oryginalnego tytułu, „Prisoners”. W istocie każdy jest tu więźniem, choć tylko jedna postać (=”jeden mężczyzna”, jak pamiętacie) jest nim w sensie dosłownym. Pozostali, mniej lub bardziej psychicznie pokancerowani, zmagają się z pułapkami duszy – rozpaczą (Jackman), trudną przeszłością (detektyw Gyllenhaal), psychozą, alkoholizmem, traumą, słabością. Nikt nie jest tu rycerzem w jasnej zbroi, choć wielu naprawdę się stara. To świat ludzi popełniających błędy, za które płacą niewinni.

Jak do tej pory zrobiłam sporo, by Wam ten film obrzydzić. Musicie jednak wziąć pod uwagę, że większość z tych zarzutów pochodzi z głowy jeszcze jednego więźnia – blogera, który uprawiając swoje graffiti ze znakami przestankowymi, musi udowadniać, że widzi Warstwy. Widzenie Warstw jest tym, co odróżnia zwykłego widza od ą i ę blogera-o-kinie. Dajmy sobie jednak z tym trochę spokoju. Póki siedzi się przed ekranem, oglądając nastrojowe zdjęcia autorstwa Rogera Deakinsa, póki brzmi muzyka (najgorszy, bo pełzający, rodzaj kinowego emocjonalnego terroru) i rozwija się śledztwo pełne ślepych zaułków i fałszywych tropów, „Labirynt” jest rasowym, solidnym thrillerem.

Bez trudu można wytrwać na nim 2.5 godziny, a do tego wychodząc zapisuje się notkę w komórce, by podczas wyścigu o Oscary postawić jakieś pieniądze na Gyllenhaala. Villeneuve nie ma talentu Finchera (żeby móc napisać do zdanie, dla pewności przypomniałam sobie „Zodiaka”, doceńcie), ale umie budować suspens, a scena na zakończenie urzeka lekkością, zapewniając dobry humor po wyjściu z kina. Więc tak, warto zgubić się w tym „Labiryncie”. Byle nie myśleć za dużo, jak już się z niego wyjdzie.

Prisoners, 2013 aPrisoners, 2013 aaPrisoners, 2013

(Visited 5 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>