Joanna Roman

La La Land (Damien Chazelle, 2016)

La La Land (Damien Chazelle, 2016)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Musical to gatunek kina bardzo nietypowy. Wydaje mi się, że najłatwiej można go albo uwielbiać, albo znienawidzić. W końcu trudno pozostać obojętnym wobec ciągu piosenek przerywających non stop dialogi bohaterów, prawda? Jednocześnie to kino, które w oczach wielu ludzi zdobyło etykietkę wesołego, banalnego i barwnego. Może trochę jest w tym prawdy, gdyż prawdziwych musicalowych klasyków nie naliczymy się znowu tak dużo. Tymczasem twórca głośnego „Whiplash” – Damien Chazelle –  podjął się szczególnego wyzwania. Czy jego wersja musicalowego świata naprawdę zasługuje na swoją sławę i popularność?

Lata 50. XX wieku. Mia stawia pierwsze kroki w aktorstwie, uczestnicząc w niemal każdym przesłuchaniu w okolicy. Równolegle do niej, Sebastian marzy o założeniu własnego klubu jazzowego. Mia w nieskończoność czeka na telefony zwrotne, które nigdy nie dzwonią, a Sebastian na co dzień spotyka się z ludźmi, którzy zupełnie nie rozumieją jazzu. Losy tej dwójki połączą się w dosyć nietypowy sposób i zdecydowanie nie będzie to miłość od pierwszego wejrzenia. Wzajemna niechęć jednak szybko przemieni się w gorące uczucie, które da im wsparcie i tym silniejsze dążenie do spełnienia swoich marzeń. Jednak szumna wyobraźnia nie zawsze potrafi sprostać rzeczywistości, która poddaje nawet najpiękniejsze uczucia okrutnej próbie.

Damien Chazelle ponownie podejmuje się przedstawienia projektu ambitnego i oryginalnego. „La La Land” poucza bowiem o konieczności osiągania celów, walki o marzenia i czynienia nawet tego, co z początku wydawać się może niemożliwe. Mia i Sebastian to zwyczajni ludzie, którzy nie idą zgodnie z nurtem poddanym ich przez znajomych, lecz wybierają własną drogę. I to właśnie na ścieżce upartego niepoddawania się, spotkają wzajemną miłość. Od tego momentu wydawać by się mogło, że ta dwójka przecież od początku jest sobie pisana, tak świetnie się uzupełniają. A mimo to, nieumiejętność przedstawienia swoich uczuć oraz zawiedzione nadzieje wkrótce przeleją czarę goryczy. Bo ile można trwać w przekonaniu, że spełnienie tego jednego, największego marzenia jest w ogóle możliwe? W szczególności, gdy rodzina nie rozumie podobnego podejścia i kieruje się zupełnie innymi wartościami.

„La La Land” urzeka swoją dopracowaną formą. Ujęcia są świetnie wykadrowane, a scenografia skutecznie zachwyca wzrok. Nie da się ukryć, że wyraźnie zadbano o techniczny aspekt filmu, który tym mocniej pozwala cieszyć się seansem. Do tego wpadająca w ucho i świetnie ułożona muzyka, jako klucz do sukcesu musicalu, dobrze wpasowuje się w fabułę filmu. No bo jak już przerywać (lub zastępować) dialogi, to trzeba robić to z gustem i klasą. Pod względem typowo gatunkowym, obraz spełnia wszelkie pokładane w sobie oczekiwania. Ładnie wygląda i brzmi, a to naprawdę ważne w tym przypadku. Tak samo trafiona jest obsada aktorska, którą zasilają popularne ostatnio nazwiska Emmy Stone i Ryana Goslinga. Moim zdaniem oboje dają radę. Stone odpowiednio oddaje postać dziewczęcej i spontanicznej Mii, a Gosling prawidłowo wczuwa się w nieco zdystansowanego i dumnego Sebastiana. To, co nadaje tym rolom prawdziwej energii i mocy, jest w gruncie rzeczy ich połączeniem. Można więc rzec, że w duecie siła, a że w składzie obecne są takie, a nie inne nazwiska, to należy dodać: w niesamowitym duecie. Chociaż za Stone dotychczas raczej nie przepadałam, to jestem w stanie przełknąć jej nie do końca idealny śpiew i zacząć naprawdę lubić po tej roli.

Obraz nie jest pozbawiony banalnych chwytów, które niestety odejmują mu nieco autentyczności fabuły. A mimo to akcja filmu bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, bo widać pomysł i przygotowanie jego twórców. Szczególnie wbija w fotel zakończenie – to jeden z najlepszych momentów tej produkcji. Wszystkie części składają się na naprawdę solidnie zrealizowany musical, do którego  mimo wszystko w niewielu miejscach jestem skłonna się przyczepić. Jestem już kilka dni po seansie i zauważyłam, że praktycznie wszystkie emocje i refleksje już dawno ze mnie uleciały. Ku mojemu zaskoczeniu „La La Land” nie utkwił w mojej pamięci na dłużej, w związku z czym do jego oceny podchodzę teraz z dystansem. Jednak w trakcie seansu bawiłam się po prostu wybornie, jak rzadko kiedy. Jestem niemal pewna, że po jakimś czasie znów powrócę do tej rozrywki, ale także wzruszającej historii. Bo najnowszy film reżysera to taki komediodramat o silnym musicalowym tle, w którym nie piosenki i scenografia grają pierwsze skrzypce, ale właśnie fabuła.

(Visited 40 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>