Michał Vorbrodt

Kung Fury (David Sandberg, 2015)

Kung Fury (David Sandberg, 2015)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Oto historia filmu w pigułce: było kilku kolesi w kamizelkach do garnituru, z zegarkami na łańcuszkach i oni robili filmy. Ponieważ coś tam na teatrze się znali, to angażowali aktorów do odgrywania swoich ról przed dziwnymi skrzynkami na trójnogach. I to był zawód ekskluzywny, bo rzadki i ekscentryczny, bo kosztowny. Później, długo, monopol na twórczość filmową mieli tacy właśnie nadmiernie wyprostowani panowie, ale w kamizelkach moro z dużą ilością kieszeni. Uważali przez cały czas, że sztuka filmowa jest od wybranych dla wybranych. Jednak technologia postępowała błyskawicznie i japy zamknęły im kamery VHS, czyli takie urządzenia, co to nagrywały na kasetach. Kasety można było prosto z kieszeni kamery wsunąć do odtwarza w domu i rodzinie pokazać występ córki na jasełkach. A więc kamera, dzięki systemowi VHS, stanęła w finansowym zasięgu śmiertelników i świat stanął na głowie. Okazało się, że nie tylko nadęci brodacze z obcym akcentem mogą robić filmy fabularne. Powstał zupełnie nowy rynek – od każdego dla każdego.

Skoro wszyscy mogli, to wszyscy robili. Zalew filmowej chały można porównać do zalewu produktów „made in china”. Były wszędzie, każdy znał ich lichą jakość, ale każdy z nich korzystał mimo wszystko. Bo tanie i łatwo dostępne. Rynek VHS był najlepszą i jednocześnie najgorszą rzeczą jaka mogła się przydarzyć kinematografii. Najlepszą, bo znacznie rozszerzał dystrybucję, co skutkowało dużym zyskiem i nowymi możliwościami. Najgorszą, bo zmienił kino na zawsze. Sprawił, że stało się infantylne, a czasami nawet głupie. Upowszechnił tę część sztuki masom, tym samym ją spłaszczając. Dzieckiem dojrzałej kinematografii i upośledzonego VHS były niepowtarzalne produkcje lat 80. Nigdy nie widziałeś, człowieku, takiej ilości kiczu, żenady, humoru, erotyzmu i humoru w jednym miejscu, jak w filmie klasy B. Absolutnie bezwstydne dialogi, umorusane błotem kręcone blondynki, opaleni mięśniacy i ta cyfrowa muzyka. Efekty specjalne zawsze miały cztery kąty, niezależnie co przedstawiały. Filmy te nigdy nie przedstawiały niczego oryginalnego, tylko powielały stare klisze, tworząc nie jako swój własny pastisz. Wszystko jest tu tak bardzo nie na miejscu, że aż formowało nowy poziom rozrywki.

U nas fala celowego kiczu pojawiła się nieco później, kiedy w łapska zawodowych leserów dostały się aparaty cyfrowe. Efektem tego jest cała seria fabularna Zespołu Filmowego „Skurcz”. Jednak po tym, jak epoce VHS kres położyła cyfryzacja, pozostała głęboka nostalgia. Każdy odczuwa ją inaczej, w kierunku innych produkcji (dla mnie to makgajwer nagrany na VHSie, oglądanie Muchy po kryjomu, wbrew mamie i wypożyczanie filmów, polegające na pytaniu pana w wypożyczalni o „coś fajnego z akcją”), ale nie ma osoby, która by nie rozpoznała charakterystycznych zniekształcenia obrazu i tandetnej muzykę. To wartość jednakowa dla każdego filmu (czy serialu).

Właśnie tej nostalgii upust daje Kung Fury. Chociaż dokonuje tego przy pomocy nowej technologii i za nieco większe pieniądze, niż mógł pozwolić na to domowy budżet, to klimat utrzymuje bezbłędnie. Po raz, cały film jest, jak się zdaje, w słabej jakości, a co jakiś czas podniszczona kaseta daje o sobie znać (dokładnie w najciekawszych momentach). Po dwa, nastrój lat 80., plaży Miami, egzotycznych samochodów i bezpodstawnie cycatych pań oraz w opozycji – brudnego Detroit w porze nocnej, kilku do cna złych robotów i policjantów znających karate. Po trzy, niemożliwie niedorzeczna fabuła, czyli przejażdżki na T. Rexie, hakowanie czasu na Amidze i żenujące one-linery. Kwintesencja VHS w trzydziestu minutach.

Dawny VHS przybrał nowoczesną formę. Zaawansowane, niegdyś zupełnie niemożliwe, efekty specjalne teraz są możliwe dzięki kilkuletniej praktyce przy komputerze osobistym. O pieniądze na film (jeśli w ogóle zachodzi taka potrzeba) można prosić w Internecie, a sam film kręci się Canonami 5D, dostępnymi w każdym elektronicznym. Swoją publiczność w ogromnej ilości znajduje się na YouTubie i nie trzeba się martwić o dystrybucję. I tak nikt już nie kupuje filmów gdzie indziej, jak tylko na platformie cyfrowej. Żyć, nie umierać, oglądać, nie płacić.

Dlaczego jednak akurat Kung Fury zdobył taką popularność? Trudno powiedzieć. Kampania polegała na udostępnianiu linków na facebookowych tablicach. Trochę uwagi mógł przykuć teledysk Z Hasselhoffem, trochę kampania Kickstarterowa. Wydaje mi się jednak, że to po prostu idealny moment. VHS przeżywa drugą młodość. Ludzie chcą oglądać ten chłam, bo jest po prostu zajebisty w swojej głupocie. Muzyka gatunku Synthwave grana jest już od dobrej dekady, a filmy lat 80. nigdy nie stracą zainteresowania. Przecież nie tylko produkcje kasetowe posiadały aromat kiczu. A co z popularnym Robocopem? Co z Powrotem do przyszłości, Terminatorem czy nawet Rambo? To są oczywiście kinówki i z grubym budżetem, ale daleko im do ambitnego kina panów, o których mówiłem w pierwszym akapicie. Wciąż niska rozrywka, ale z rozmachem. A więc VHS coś zmieniło. Wprowadziło do kina nowy standard. Nie będę się zastanawiać, czy to dobrze, czy źle. Wystarczy, że ktoś chce to oglądać i machiny nie sposób zatrzymać.

Więc teraz, kiedy udowodniłem, że VHS było najlepszą rzeczą, jaka wydarzyła się kinematografii, możesz spokojnie obejrzeć hit, jakim jest Kung Fury. Podobno w Cannes się podobało. Nic dziwnego. Ten film jest tak zły, że aż dobry, tak szczery, że aż piękny. A do tego już powstaje wersja z polskim z lektorem, w postaci nikogo innego, jak tylko Tomasza Knapika. Zwielokrotniona nostalgia, ponieważ któż nie pamięta tego słynnego głosu, czytającego Strażnika Teksasu? Żenująco słabe tłumaczenia wulgaryzmów i głos lektora z opóźnieniem czytającym dialogi – oto polska nostalgia VHS. W połączeniu z dziełem szwedzkiego geniuszu w hołdzie amerykańskiego kina. Brzmi równie dobrze jak wygląda. Internet pieje z zachwytu. I ja również.

Trailer

Galeria

(Visited 361 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>