Mariusz Czernic

Krwawy księżyc / Blood on the Moon (Robert Wise, 1948)

Krwawy księżyc / Blood on the Moon (Robert Wise, 1948)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Twórca West Side Story (1961) i Nawiedzonego domu (1963), Robert Wise, kojarzony jest z wieloma gatunkami, ale nigdy nie był uważany za specjalistę od westernów. Nakręcił jednak trzy filmy tego gatunku: Krwawy księżyc (1948), Dwie flagi na zachód (1950) i Opowieść o złym człowieku (1956) – mało popularne produkcje, czekające na odkrycie przez miłośników starego kina. Pierwszy z tych filmów to bardzo dobry western, w niczym nie ustępujący ówczesnym dokonaniom Johna Forda. Prościutka fabuła o jeźdźcu znikąd została osadzona w ponurej, oświetlanej przez księżyc rzeczywistości, gdzie trwają odwieczne konflikty o ziemie i bydło oraz walka o bezpieczeństwo i utrzymanie rodziny. Tak jak w późniejszym o 10 lat Białym kanionie tylko przybysz z daleka, który ma rozsądek i sumienie zamiast prymitywnej chęci zabijania, jest w stanie zaprowadzić porządek w tych dzikich regionach.

W niektórych zagranicznych recenzjach film określany jest jako western psychologiczny. I faktycznie wyczuwalna jest tu głębia, która winduje tę produkcję o klasę wyżej niż liczne niskobudżetowe westerny jakie w tym czasie kręcono. Główny bohater Jim Garry to zagubiony wędrowiec o niejasnej przeszłości, którego charakter zostaje nieoczekiwanie wystawiony na próbę. Znajdujący się pomiędzy dwoma obozami, na skrzyżowaniu dróg, musi dokonać wyboru, który może albo zakończyć jego żywot albo całkowicie odmienić jego los. Z driftera płynącego z nurtem rzeki i przemierzającego bezkresne prerie może stać się w pełni cywilizowanym człowiekiem, który nie musi już spać pod gołym niebem. Nawet jeśli przekroczył już granicę pomiędzy dobrem i złem ma jeszcze szansę by zawrócić na właściwą drogę, a wycofanie się wcale nie oznacza tchórzostwa czy zdrady. Jim Garry przypomina trochę bohatera Nagiej ostrogi (1953) Anthony’ego Manna – jego wewnętrzna przemiana dokonuje się poniekąd pod wpływem kobiety. To właśnie miłość sprawia, że odnajduje sens życia i przestaje myśleć o pieniądzach.

Strzałem w dziesiątkę było obsadzenie w filmie Roberta Mitchuma. Jego wygląd pasuje do ról cwaniaków i typów spod ciemnej gwiazdy, więc czasem ma się wrażenie, że grana przez niego postać nie jest do końca szlachetna i szczera. Może i zabijanie faktycznie nie sprawia mu przyjemności, ale jego ociężałe ruchy i sposób mówienia wskazują, że to osoba leniwa, nieodpowiedzialna i obojętna na ludzką krzywdę, która nie ma w zwyczaju ryzykować życiem dla zupełnie obcych ludzi. Udaną rolę zagrał Robert Preston jako Tate Riling – pozornie sympatyczny gość, który pod wąsatą twarzą skrywa charakter na wskroś przeżarty perfidią, złem i deprawacją. Jak zawsze uwagę do ekranu przykuwa Walter Brennan. Ma on na koncie ponad 200 ról, u Wise’a wykreował postać zgorzkniałego, ale w gruncie rzeczy porządnego faceta, któremu zdarzyło się zabłądzić do doliny pełnej drapieżników. To już nie jest ten wygadany i żwawy żartowniś z filmów Howarda Hawksa, ale postać wzruszająca i tragiczna – ojciec cierpiący z powodu śmierci syna.

Scenariusz do filmu napisała kobieta, Lillie Hayward, więc pewnie dlatego mamy tu twardą kobiecą bohaterkę. Ponieważ cattle baron John Lufton ma dwie córki przynajmniej jedna z nich musi przejąć męskie obowiązki. Ubrana w kowbojski strój i dzierżąca w dłoni karabin Amy Lufton pilnuje rodzinnej posiadłości i strzela do każdego nieproszonego gościa. Postać wojowniczej córki farmera, w którą wcieliła się Barbara Bel Geddes to typ kobiety nieprzewidywalnej – potrafi być zadziorna i agresywna, ale nie obce są jej miłość i poświęcenie. Jej siostra Carol (Phyllis Thaxter) jest jej przeciwieństwem – naiwna, krucha, pozbawiona ikry, nieszczęśliwie zakochana w zdradzieckim nikczemniku. Mało który dobry western ma tak zróżnicowane postacie kobiece. Najczęściej niewiasty pełnią na Dzikim Zachodzie funkcję mniej istotną niż sceneria prezentowanych wydarzeń. Dzięki scenarzystce Lillie Hayward widz otrzymuje pełny obraz Dzikiego Zachodu, gdzie obok delikatnych i kochliwych dam było też miejsce dla kobiet w stylu Calamity Jane.

Film nazywany jest nie tylko westernem psychologicznym, ale i westernem noir, na co duży wpływ ma sposób realizacji wielu scen. Reżyser zręcznie operuje estetyką czarno-białych obrazów i gry światłocieni, by nakreślić bardzo ponury obraz rzeczywistości. Duża ilość scen rozgrywa się w nocy i ten księżycowy nastrój nasuwa skojarzenia z przepełnionymi pesymizmem obrazami o wielkomiejskiej dżungli. Realizatorzy przedstawiają widzom początki amerykańskiej cywilizacji. Zanim ulice pokryto asfaltem, a jednopiętrowe budynki rozrosły się wzwyż świat był zaludniony przez osadników, których można było podzielić na dwie grupy: bezwzględnych złoczyńców i uczciwych obywateli. Zawsze jednak istniał ktoś w rodzaju outsidera, kto miał w sobie bandycki cynizm, skłonność do ryzyka, umiłowanie spokoju i sprawiedliwości. Ktoś taki sprawdzał się świetnie zarówno w filmach noir jak i westernach. Tak więc Wise udowadnia, że oba gatunki idealnie się uzupełniają i nie wchodzą ze sobą w konflikt.

Krwawy księżyc nie jest zaliczany do najwybitniejszych westernów, ale można postawić go na półce obok dzieł Anthony’ego Manna i Budda Boettichera. A mnie osobiście bardziej przypadł do gustu niż słynny Jeździec znikąd (1953) George’a Stevensa. Produkcja zawiera kilka brawurowych, drapieżnych sekwencji, takich jak rozegrana w ciemnym pomieszczeniu walka między Mitchumem i Prestonem. Solidnie nakręcona jest finałowa scena oblężenia – rozpoczyna się przed zachodem słońca, kończy po zmroku. Ładnie kontrastują ze sobą sceny dzienne i nocne, teksańskie równiny z ośnieżonymi górami, studyjne dekoracje z malowniczymi plenerami. Proste efekty z tylną projekcją (np. w scenach ze spłoszonym bydłem) ożywiają historię, zaś udane kreacje aktorskie podwyższają wartość widowiska. Nicholas Musuraca (operator obrazu) i Roy Webb (kompozytor), znani z wytwornego filmu grozy Ludzie-koty (1942), wyczarowali posępny klimat odpowiedni dla tej szarej

Blood on the Moon to jeden z ostatnich prawdziwych przebojów wytwórni RKO – gdy kompanię przejął Howard Hughes w 1948 roku straciła ona swój dawny prestiż. W firmie powstało kilka wybitnych realizacji (tj. Obywatel Kane z 1941), ale dużą wagę przywiązywano też do kręconych małym kosztem filmów, które, choć nazywane filmami klasy B, nierzadko poziomem realizacji przewyższały produkcje głównego nurtu. Pierwszy western Roberta Wise’a obfituje w dobrą akcję i wyrazistych bohaterów, którym scenarzystka nadała psychologicznego rysu. Kapitalna obsada (w tym laureat trzech Oscarów Walter Brennan) spisała się wybornie, a ekipa techniczna zadbała o zagęszczoną atmosferę, by nadać filmowi odrębnego charakteru i stylu. Intrygująca fabuła i westernowe motywy w połączeniu z uniwersalną estetyką kina noir złożyły się na jedyny w swoim rodzaju thriller o Dzikim Zachodzie.

Blood on the Moon (Robert Wise, 1948) aa Blood on the Moon (Robert Wise, 1948)  aBlood on the Moon (Robert Wise, 1948)  aaa

(Visited 52 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>