Kowboje i obcy / Cowboys & Aliens (2011) | Kinetoskop - recenzje, artykuły filmowe
 Agata Malinowska

Kowboje i obcy / Cowboys & Aliens (Jon Favreau, 2011)

Kowboje i obcy / Cowboys & Aliens (Jon Favreau, 2011)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Jak w niezawodny sposób rozwścieczyć fanów westernu i zadziwić fanów science fiction? Nakręcić western science fiction, rzecz jasna. „Kowboje i obcy” to nie tylko jedno z największych kuriozów letniego sezonu, ale też jedna z jego atrakcji, nawet jeśli oglądaniu towarzyszy coś w rodzaju guilty pleasure. Zatem strzelba w dłoń i hop na siodło. Pędzimy polować na ufoki, nie zważając na protesty oburzonych.

Jeśli rozważyć rzecz na zimno, w podobnym zamyśle nie ma nic szczególnie skandalicznego, a nawet można dla niego znaleźć historyczne poparcie. „Wojnę światów”, słynną powieść o inwazji Marsjan, wydano w 1898 roku, zatem w czasach, gdy Zachód był jeszcze Dziki. Każdy zaś kinomaniak potwierdzi, że mając do wyboru Londyn i Amerykę, kosmici preferują raczej tę drugą. Cóż więc bardziej naturalnego niż lądowanie statku obcej cywilizacji na preriach pełnych bizonów? Wszelkie sprzeciwy muszą być dziełem purystów, którzy nie znoszą odstępstwa od kanonu i wolą, by ich ukochany gatunek raczej pozostał martwy (z pojedynczymi wyjątkami jak coenowskie „True Grit” lub nowy projekt TarantinoDjango Unchained”), niż poddał się fantazyjnemu, przyznajmy, lecz ożywczemu liftingowi.

Pierwszy kwadrans „Kowbojów i obcych” to zresztą raczej klasyczny western. O tym, że jest to film cross-genre przypomina tylko tajemnicza amnezja, na którą cierpi główny bohater, i równie tajemnicza bransoleta na jego nadgarstku. Dodajmy, że jest to naprawdę niezły klasyczny western. Mamy tu samotnego rewolwerowca-twardziela, który przybywa do niewielkiego miasteczka i natychmiast wdaje się w konflikt z nieznośnym synalkiem miejscowego bogatego hodowcy bydła. Obaj panowie zostają aresztowani, sytuacja zagęszcza się wraz z pojawieniem się krewkiego ojczulka, który pragnie nie tylko odbić latorośl, ale też wyrównać stare rachunki z przybyszem… I wtedy pojawiają się kosmici, by z hukiem porwać kilka drugoplanowych postaci! Nie namyślając się długo, wszyscy wyruszają na ratunek bliskim, dokładając do westernu i SF również nieco filmu drogi.

Żeby nie było żadnych wątpliwości – przedstawiona powyżej fabuła nie została zrealizowana w konwencji pastiszu ani komedii! „Kowboje i obcy” to film nakręcony całkowicie na poważnie, dbający o zachowanie obu konwencji gatunkowych, choć raczej z naciskiem na western. Każdy, kto liczy na festiwal gagów, może darować sobie projekcję. Za to osoby, które w materiałach promocyjnych wyczuły posmak pulp fiction, będą z pewnością usatysfakcjonowane. Kliszowość postaci i ich przewidywalny rozwój, klasyczny wizerunek kosmitów (potwory w stylu Aliensów i Predatorów, które zajmują się porywaniem, mordowaniem lub rabowaniem zasobów), fabuła nakreślona grubą kreską i z dużą dozą nonszalancji – wszystko to sprawia, że łatwo wyjść z kina z nieprzyjemnym przekonaniem, że właśnie obejrzało się coś głupiego. Będzie to wrażenie uzasadnione, jednak nie oddające istoty rzeczy.

Jon Favreau nakręcił bowiem film przypominający małe dziecko – bardzo prostolinijny, nietrudny do złapania na głupotkach, jednocześnie niezmiernie łatwy do polubienia. Aktorzy bawią się w Dziki Zachód z wyraźnym zapałem i przyjemnością, dając z siebie wszystko co najlepsze. Samotny rewolwerowiec (Daniel Craig) jest twardszy od samego Jamesa Bonda, stary hodowca bydła (Harrison Ford) odważniejszy niż Indiana Jones, a fajtłapowaty właściciel saloonu (Sam Rockwell) – rozczulająco nerwowy. Matthew Libatique, nadworny operator Darrena Aronofskiego, oferuje nam świetne zdjęcia, a reżyser – trochę filmowych aluzji i świetną atmosferę (ach, ten zwiastujący bijatykę stuk szklanki odstawianej na szynkwas…). Gdyby nie to, że druga połowa filmu jakby wytraca werwę i trzeba przecierpieć niespecjalnej jakości aktorstwo Olivii Wilde, oglądanie „Kowbojów i obcych” byłoby niezmąconą niczym, bezpretensjonalną przyjemnością.

Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że „Kowboje” są inspirowani komiksem – jak się zdaje, w świecie powieście graficznej wszelkie gatunkowe fanaberie łatwiej uchodzą na sucho. Publiczność kinowa jest mniej liberalna – film nie osiągnął finansowego sukcesu, co zapewne zniechęci wytwórnie do dalszego inwestowania w hybrydy. Rozpatrując tę perspektywę, trudno mi powiedzieć coś innego niż „Szkoda…”

(Visited 24 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>