Mariusz Czernic

Kondory Wschodu / Dung fong tuk ying (Sammo Hung Kam-Bo, 1987)

Kondory Wschodu / Dung fong tuk ying (Sammo Hung Kam-Bo, 1987)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Znany z komedii kung fu Sammo Hung próbował także sił w nieco poważniejszym repertuarze. W związku z tym zrealizował m.in. dramat sensacyjny Serce smoka (1985), w którym zagrał upośledzonego brata Jackiego Chana i w którym nie stoczył ani jednej walki. Drugim krokiem w stronę przeciwną do komediowego repertuaru miał być film wojenny Kondory Wschodu. Wykorzystuje on motywy znane z zachodnich filmów sensacyjno-wojennych, takich jak Parszywa dwunastka, Działa Navarony i Rambo 2, łącząc najlepsze cechy amerykańskich filmów batalistycznych i sensacyjnych z brutalną przemocą, typową dla dramatów wojennych o Wietnamie. Zgodnie z zasadą, że prawdziwy mężczyzna poradzi sobie bez broni mamy tu więc, oprócz typowych dla kina wojennego strzelanin, także walki z użyciem pięści i nogi, w efekcie otrzymując mocne męskie kino.

Po zakończeniu wojny w Wietnamie Amerykanie zdają sobie sprawę, że popełnili błąd, zostawiając w Indochinach skład wyjątkowo niebezpiecznej broni, której utrata na rzecz wroga może mieć katastrofalne konsekwencje. Aby naprawić ten błąd zostaje wysłany do Wietnamu oddział 10-ciu pochodzących z Azji skazańców. To ludzie nie mający nic do stracenia, więc w zamian za udział w misji oferuje im się wolność. Mają wysadzić w powietrze magazyn, w którym znajdują się będące zagrożeniem dla wolności i demokracji rakiety. Chińczykom pomagają już tam na miejscu trzy odważne, dobrze wyszkolone kambodżańskie dziewczyny z partyzantki. Wkrótce do oddziału straceńców dołączają: cwany przemytnik i udający wariata osobnik.

Film opowiedziany jest z dużą lekkością i nawet występująca na początku patetyczna scena zawieszania amerykańskiej flagi została tu (celowo) zepsuta przez nieudolność jednego z amerykańskich żołnierzy, który potrafi spieprzyć nawet tak prostą czynność, jak wywieszenie flagi na przeznaczonym do tego słupie. Azjatyccy bohaterowie zostają przetransportowani bardzo szybko do Wietnamu, by wykonać misję. Bez żadnego szkolenia, bez przygotowania, nie wiedząc zupełnie nic o tym, na czym ma polegać ich zadanie zostają zrzuceni na spadochronach nad terytorium Wietnamu. Pierwsza ofiara pojawi się już w momencie lądowania na ziemi i do końca filmu regularnie ktoś umiera.

W porównaniu do innych filmów Hunga jest tu zdecydowanie więcej trupów, mniej zaś humoru. Przede wszystkim jest brawurowa akcja, podczas której ludzie tracą życie w widowiskowy sposób. A sposoby umierania są bardzo różne, w zależności od broni jaką się dysponuje – noże, maczety, karabiny, materiały wybuchowe, liście palmy (nie wiedziałem, że można z nich tak wystrzelić i zabić). Mega efektowny i brutalny jest finał, który oprócz typowych dla kina wojennego sekwencji zawiera także inne atrakcje. W natłoku strzelanin i wybuchów reżyser nie zapomniał jednak o postaciach – każdy z biorących udział w operacji Kondory Wschodu ma tu jakiś określony charakter i osobowość, nie są jedynie statystami przeznaczonymi do odstrzału. Ale w ogólnym rozrachunku ludzie okazują się ofiarami, a nie herosami – zarówno jedna jak i druga strona konfliktu z powodu wojny traktowana jest jak tarcze strzelnicze lub worki treningowe. O tym, że reżyser miał większe ambicje niż stworzenie typowej rozrywki świadczą nawiązania do antywojennego dramatu Łowca jeleni – chodzi konkretnie o fragment z rosyjską ruletką, tylko że w Kondorach… to dzieci grają w ruletkę, co jeszcze bardziej podkreśla moralną zgniliznę spowodowaną przez wojnę.

Wiele tu scen, które mają w sobie spory ładunek emocjonalny i sprawiają, że trudno oderwać wzrok od ekranu. Takie momenty jak nocny atak kambodżańskich bojowniczek, wyłaniająca się z wody Joyce Godenzi z nożem i gotowością do zabijania wypisaną na twarzy, masakra na moście, spektakularny finał i wiele innych scen głęboko zapada w pamięć oraz imponuje sposobem filmowania i umiejętnościami wykonawców. To opowieść o tym jak w obliczu zbliżającej się śmierci ludzie na co dzień źli i nieokrzesani jednoczą się, by osiągnąć wspólny cel. I mimo że ten film wykorzystuje niektóre motywy z filmu Rambo 2 to nie ma tu takiego jednego superbohatera jak John Rambo, który by rozwalił wszystkich przeciwników. To film o zwykłych ludziach, którzy mają na sumieniu sporo grzechów, ale otrzymują szansę, by pokazać też swoje zalety: odwagę, odpowiedzialność, rozsądek. A ci, którzy mają na swoim koncie morderstwo przekonują się, jak cenne jest ludzkie życie.

Produkcje z Hongkongu mają swój rozpoznawalny charakter. Zachowanie bohaterów cechuje się przesadą i karykaturą, dialogi są z reguły niezbyt kreatywne, fabuła to zaś mieszanka gatunkowa, łącząca elementy dramatu i komedii, powagi i pastiszu, sensacyjnej akcji i wojennych realiów, rozrywki i przemocy. Jeśli widz przyjmie tę hybrydalną konwencję i aurę typową dla azjatyckiej odmiany kina akcji to może się świetnie bawić, a wtedy dziwne zachowanie niektórych postaci i niedopracowane dialogi nie powinny irytować (chociaż ten dialog w ostatniej scenie – rewelacyjny). Osoby oczekujące solidnego kina wojennego powinny przymknąć oko na pojawiający się od czasu do czasu dziwny humor, tym bardziej, że film zawiera odpowiednią dawkę przemocy. Przemoc to najważniejsza część wojennej rzeczywistości i nie mogło jej tu zabraknąć.

Scenariusz Barry’ego Wonga, mimo iż korzysta z wielu zachodnich wzorców, nie jest bezmyślną kopią amerykańskich filmów sensacyjnych i wojennych. Fabuła nie jest tu tylko pretekstem dla scen walk, zabaw z bronią oraz popisów kaskaderów i pirotechników. Ten film to ciekawa i trzymająca w napięciu opowieść o braterstwie, walce o wolność i działaniach w słusznej sprawie. Doskonale pokazana jest walka partyzancka, której celem jest pokonanie zaborcy nękającego ludność. Zasadzki, leśne podchody, obserwacje, ataki z ukrycia, obecność zdrajcy w oddziale, przygotowywanie ucieczki z „wodnej celi” – to wszystko zostało świetnie zobrazowane na ekranie, dzięki czemu są emocje, niepewność i niepokój o los bohaterów. No i rewelacyjne są sceny batalistyczne, profesjonalnie zrealizowane, z dobrymi efektami.

Świetnie została dobrana obsada, każdy doskonale wczuł się w powierzoną postać. W większości zagrali tu przyjaciele z Opery Pekińskiej o tym samym nazwisku: Yuen Biao – jako cwaniak i przemytnik, pełniący funkcję komediową, Yuen Wah – jako chichoczący generał z wachlarzem, pełniący rolę łajdaka, oraz znani obecnie w Hollywood choreografowie scen walk, Yuen Woo Ping i Corey Yuen (w Azji znany jako Yuen Kwai). Obsadę dopełniają m.in. laureat Oscara za Pola śmierci Haing S. Ngor i reżyser filmu, Sammo Hung, zaskakujący rolą brutalnego komandosa – scena, w której oszalały z wściekłości oddaje serię z karabinu maszynowego idealnie pokazuje szaleństwo męskich „zabaw wojennych”. W innym fragmencie efektownie skacze z urwiska na ciężarówkę, uzbrojony w granaty. Znakomitą kreację stworzyła mająca australijsko-chińskie korzenie Joyce Godenzi – zanim została aktorką otrzymała tytuł Miss Hongkongu, a w 1995 roku poślubiła Sammo Hunga. W recenzowanym filmie zagrała bojowniczkę ruchu oporu, z doskonałym wyczuciem pokazując twardy charakter swojej bohaterki, a jej reakcja na odcięcie ręki maczetą – bezcenna.

Sceny akcji do Kondorów Wschodu przygotowało sześciu specjalistów, w tym kilku występujących tu aktorów, a także grupa kaskaderska Hunga. I właśnie tę współpracę widać idealnie na ekranie. Nie tylko reżyserowi zależało na tym, by stworzyć dynamiczne i pełne emocji widowisko, ale każdy zaangażował się maksymalnie w ten projekt. Film Hunga to produkcja stylowa i energiczna, zawierająca mnóstwo wybornie nakręconych scen, nie unikająca ironii i czarnego humoru. Nie jest to film, który zapisał się w świadomości prawdziwych kinomanów, ale z pewnością warto się z nim zapoznać, aby się przekonać, że w Hongkongu są filmowcy realizujący filmy z pasją i zaangażowaniem. Podejmujące tematykę wietnamską filmy, takie jak: Kondory Wschodu oraz m.in. Kula w łeb (1990) Johna Woo to nieliczne przykłady bardzo dobrych filmów wojennych z Hongkongu. Ten region nie był zaangażowany w żaden większy konflikt zbrojny i dlatego niewiele powstało tu filmów rozliczających się z wojenną przeszłością. Na koniec dodam jako ciekawostkę, że „sceny amerykańskie” były kręcone w Kanadzie, zaś „sekwencje wietnamskie” – na Filipinach.

Dung fong tuk ying (Sammo Hung Kam-Bo, 1987)  aa Dung fong tuk ying (Sammo Hung Kam-Bo, 1987)  a Dung fong tuk ying (Sammo Hung Kam-Bo, 1987)  aaa

(Visited 27 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>