Agata Malinowska

John Carter (Andrew Stanton, 2012)

John Carter (Andrew Stanton, 2012)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

John Carter to taki rodzaj filmu, któremu znacznie łatwiej zarzucić, że czegoś nie ma, niż pochwalić za to, że coś ma. Nie znajdziemy tu bowiem technicznej innowacyjności, jak w Avatarze, reżyserskiej maestrii, jak w Przygodach Tintina, błyskotliwości, jak w Sherlocku Holmesie, czy aktorskich popisów, jak w Klątwie Czarnej Perły. Nie możemy liczyć nawet na solidny „gwałt i ultrakuku” (cytując Alexa DeLarge z Mechanicznej pomarańczy), albowiem jest to film Disneya, a te celują co najwyżej w kategorię PG-13. Co zaś się tyczy powieści, której John Carter jest ekranizacją, to zważywszy na jej pulpowe pochodzenie i zbliżające się stuletnie (sic!) urodziny, logika i oryginalność będą z pewnością ostatnimi na liście jej grzechów. Przyswoiwszy sobie fakt, iż na tle filmów przygodowych z ostatnich lat John Carter nie wyróżnia się właściwie niczym… można wyjść z kina całkiem zadowolonym z seansu.

Tytułowy bohater to kapitan wojsk Konfederatów który, przeniesiony na Marsa, musi ratować planetę przed upadkiem. Zanim jednak właściwa opowieść na dobre się rozpocznie, będziemy musieli przetrwać trzy prologi i naukę chodzenia w słabszej niż ziemska grawitacji. A także pokonać lekkie zniecierpliwienie wywołane faktem, iż protagonista jest kudłatym grubianinem, do którego trudno czuć cokolwiek przypominającego sympatię. Na szczęście potem jest już tylko lepiej – Mars, zwany tutaj Barsoom, roztacza przed nami swój bizantyjski przepych i mroczne niebezpieczeństwa. Wkrótce pojawi się również księżniczka – piękna, dzielna i mądra, a co ważniejsze – zagrożona małżeństwem z prymitywnym i okrutnym władcą wrażego miasta. W tej sytuacji Carter nie ma innego wyjścia, jak tylko stać się międzyplanetarnym bohaterem i nareszcie dać się polubić. Z obu zadań wywiązuje się z wdziękiem, choć bez przesadnej finezji.

Jeśli miałabym wskazać, czego mi w Johnie Carterze brakuje najbardziej, prawdopodobnie byłby to zdrowy dystans do literackiego oryginału. Gdyby potraktować powieść Burroughsa nieco odważniej, jako punkt wyjścia do autorskiej wizji, moglibyśmy otrzymać film nie tylko ładny, ale też wyrazisty. Zapewne takie właśnie plany miał wobec Księżniczki z Marsa Robert Rozdriguez, który otarł się o ten projekt, gdy prawa do ekranizacji należały jeszcze do wytwórni Paramount. Andrew Stanton, reżyser sympatycznych filmów dla dzieci, nie potrafił wykrzesać z siebie wystarczającej arogancji. Możliwe zresztą, że zorientowanej prorodzinnie wytwórni, dla której liczy się przede wszystkim zyskowna franszyza, Carter nakręcony z większym pazurem po prostu nie był potrzebny. Kilka trafnych wyborów obsadowych (Lynn Collins jako księżniczka, Mark Strong w roli tajemniczego Matai Shanga, głos Willema Dafoe użyczony liderowi prymitywnego plemienia Tharków) i wizualny splendor nie rozpraszają niestety ogólnej bezpłciowości, która czyni film jedynie grzeczną przygodą dla chłopców. Nie pomaga również odtwórca głównej roli, Taylor Kitsch, nie wypadający szczególnie wiarygodnie ani w scenach walki, ani w scenach miłosnych, ani nawet w tym, co stanowi wypełniacz między jednym a drugim.

Aby być całkowicie uczciwym trzeba jednak przyznać, że dla widza odrobinę zorientowanego w klimatach amerykańskiej pulpowej literatury z początku XX wieku, obejrzenie Johna Cartera może mieć pewien walor. Mimo niedostatków w sztuce konstruowania fabuły, mimo słabostek i śmiesznostek, niejednokrotnie utwory te charakteryzował bezpretensjonalny eklektyzm, zdolny w jakiś cudowny sposób ożywić pomysły na pierwszy rzut oka bezsensowne. Ożywić, a czasem również nadać im siłę, która choć nie umiała przekonać umysłu, to z pewnością potrafiła poruszyć wyobraźnię. Disneyowska adaptacja dziedziczy tę cechę, wznosząc ja na poziom monumentalny dzięki tłustemu budżetowi. Kto zatem chce poczuć ową atmosferę fantastyki za grosik, pragnąc przy tym całkowicie niegroszowej realizacji, niechaj poważnie rozważy wycieczkę do kina.

(Visited 26 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>