Agata Malinowska

Jane Eyre (Cary Fukunaga, 2011)

Jane Eyre (Cary Fukunaga, 2011)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

W dzisiejszych kryzysowych czasach ciężko nie tylko o pieniądze, ale też o dobry, oryginalny scenariusz. Sięgnięcie po historię starą, ale jarą i przeniesienie na ekran po raz „hochnasty” „Dziwnych losów Jane Eyre” jest pomysłem w sam raz na niepewne czasy. Wystarczy dokonać kilku odpowiednich wyborów i sukces murowany.

Po z górą 160 latach od publikacji słynną powieść Charlotte Brontë wciąż czyta się jednym tchem – w dużej mierze dzięki żywym, zajmującym postaciom. Romans młodej, niezależnej intelektualnie Jane i bajronicznego Rochestera wręcz domaga się, by przy ekranizacji starannie zająć się obsadą. Wybierając dwudziestodwuletnią Mię Wasikowską i trzydziestoczteroletniego Michaela Fassbendera nieźle odzwierciedlono dzielącą bohaterów różnicę wieku, jednak kluczową sprawą pozostaje oczywiście to, że oboje są bardzo dobrymi aktorami.

Filmowe wcielenie Jane, zagrane z wyczuciem i bardzo subtelnie, reprezentuje sobą wszystko, co mogłoby zauroczyć pana na Thornfield, gdyby istniał naprawdę – swobodę myślenia, godność i odwagę. Fassbender zaś, wyposażony w stylowe bokobrody i przez to nieco wilkołaczy, wypada doskonale w roli zgorzkniałego libertyna, skrywającego mroczny sekret. Mając na liście płac tę parę można właściwie darować sobie całą resztę. Tym bardziej cieszy fakt, że mimo to zapewniono widzom jeszcze kilka atrakcji, jak na przykład Judi Dench w roli poczciwej pani Fairfax.

Pozostaje również kwestia stylizacji i rozłożenia akcentów. Fukunaga zdecydował się mocniej podkreślić rys gotycki, stąd wiele scen wzbudzających dreszczyk niepokoju. Zamiarowi temu sprzyjają plenery – mgliste lasy i ponure wrzosowiska – ale i naturalistycznie ustawione światło. Nie widzimy ani trochę więcej, niż było to możliwe dawniej, gdy wieczory spędzano przy kominku, rzucającym ciepły blask tylko na najbliższe przedmioty.

Dbałość o realia nie sprowadza się li tylko do oświetlenia – mamy tu również ładne kostiumy, a dialogi, zaczerpnięte z książki i nie uwspółcześnione, jednocześnie zachwycają i konfundują swoją kwiecistością. Mimo wszystko zarówno Fassbender, jak i Wasikowska wypowiadają swoje kwestie bardzo naturalnie – niewątpliwie było to okupione wieloma godzinami ćwiczeń.

Ponieważ niniejsza notka postawiona jest na głowie, najważniejsze pytanie padnie w niej na końcu. Brzmi ono oczywiście: po co? Do czego, poza wzbudzaniem schadenfreude może dzisiaj przydać się historia zakochanej kobiety zmagającej się z wiktorańskim konwenansem? Dziś, kiedy – uwaga melodramatyczna metafora – gorset obyczaju zamieniony został na luźną koszulkę? Miłość jest oczywiście ponadczasowa, jest to jednak banał, po który nie warto sięgać w szanującym się tekście. Ale przecież uniwersalność „Dziwnych losów Jane Eyre” nie tkwi wyłącznie w wątku romansowym. Mamy tu również pewien wzorzec kobiecości, a może nawet w ogóle człowieczeństwa.

Wzorzec oparty na samoświadomości, szacunku do samego siebie, równowadze, intelektualnej wolności, a także – modne słowo – chęci samorealizacji. Być może w czasach kultu piękności, gdy na ekranach dominują „fit kobiety luksusowe” wiszące na męskich ramionach i nawet u kandydatek na posłanki podkreśla się przede wszystkim urodę, postać Jane Eyre – nieprzesadnie pięknej, ale fascynującej duchowym bogactwem, warta jest przypomnienia. Kobiety brzydkie również zasługują na swoją bohaterkę, choćby w ramach polityki równościowej.

Jane Eyre (2011), reż. Cary Fukunaga a Jane Eyre (2011), reż. Cary Fukunaga aa Jane Eyre (2011), reż. Cary Fukunaga aaa

(Visited 12 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>