Agata Malinowska

Iron Sky (Timo Vuorensola, 2012)

Iron Sky (Timo Vuorensola, 2012)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Mieliśmy już nazistów-zombie, nazistów wampirycznych, nazistów poszukujących Arki Przymierza – najwyższy czas na nazistów z kosmosu. Niecierpliwie oczekiwana przez rozległe grono fanów, komedia Timo Vuorensoli o hitlerowcach zamieszkujących ciemną stronę Księżyca nie do końca spełnia pokładane w niej nadzieje. Spodziewałam się filmu w pełni profesjonalnego, otrzymałam zaś produkcję, w której entuzjazm twórców znacznie przewyższa ich umiejętności. Pozostaje jednak faktem, że jest to entuzjazm nieco zaraźliwy.

Oto amerykańska misja na Księżyc kończy się niespodziewanym odkryciem – poczciwy satelita Ziemi pełen jest żądnych zemsty nazistów. Zapewne zaatakowali by już dawno, gdyby nie ciągłe kłopoty z uruchomieniem największej machiny wojennej – potężnego statku Gotterdamerung. Problem udaje się jednak rozwiązać przy pomocy znalezionego przy jednym z kosmonautów smartfona. Na nieszczęście ma on słabe baterie. Naziści wysyłają więc na Ziemię dwoje agentów – naiwną, ale ładniutką Renate i demonicznego Klausa – by zdobyli więcej komputerów. Bohaterowie w latającym spodku lądują, rzecz jasna, w Stanach Zjednoczonych i trafiają w sam środek prezydenckiej kampanii, w której obecna głowa państwa, niepokojąco podobna do Sary Palin, stara się o reelekcję…

Lista zarzutów jest dość długa, ale kardynalnym problemem jest zdecydowanie scenariusz. Główna linia fabularna jest nieprzesadnie nowatorska, bałaganiarska i – jak na tak srogi pomysł na film – dość grzeczna. Najlepiej wypadają fragmenty związane z polityką (np. żywiołowe obrady ONZ), jest również sporo odniesień, które z pewnością ucieszą filmowych geeków. Postaci są bardzo jednowymiarowe a ich przedstawieniu nie poświęca się zbyt wiele uwagi. Nawet mimo tego, że słodka Renate budzi instynktowną sympatię, „Iron sky” ogląda się bez wielkiego emocjonalnego zaangażowania. Nie mając czego grać, aktorzy po prostu bawią się na planie, nie dając publiczności zapomnieć, że to tylko film.

Są i mocne strony – należą do nich dopracowane efekty specjalne, dobra koncepcja plastyczna, a także trochę bezcennych żartów, które nie sięgają co prawda poziomu prezentowanego przez „South Park”, ale widać, że właśnie w tę stronę mierzą. Skonfrontowanie współczesnej retoryki politycznej z nazistowską propagandą nie jest chyba specjalnie oryginalne, ale za to wykonane w dobrym stylu. Inna rzecz, że naśmiewanie się z amerykańskiej ultrakonserwy przypomina trochę kopanie leżącego – ale może warto upewnić się, że nie wstanie. Kawałek dobrej roboty wykonał również Laibach, komponując bombastyczną muzykę, doskonale pasującą do widoku floty kosmicznych zeppelinów (zostałam zagorzałą fanką tych statków).

Bezbłędnie wyczuwając klimat, po zgaszeniu świateł publiczność gremialnie powyciągała z plecaków piwo. Sądząc po wybuchających raz po raz salwach śmiechu, przy takim akompaniamencie „Iron sky” sprawdza się jak należy. Wróżę mu więc światową karierę, ale raczej na imprezach. To i tak więcej, niż można powiedzieć o niejednej hollywoodzkiej produkcji.

(Visited 16 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>