Przemysław Sopocko

Idy marcowe / The Ides of March (George Clooney, 2011)

Idy marcowe / The Ides of March (George Clooney, 2011)
Decrease Font Size Increase Font Size Rozmiar tekstu Drukuj

Dziś będzie bardziej politycznie. Zajmę się filmem w reżyserii George’a Clooney’a pt. „Idy marcowe” (ang. „The Ides of March”). Scenariusz powstał w oparciu o sztukę Beau Willimona, zatytułowanej „Farragut North”. Może tyle informacji wstępnych, a przejdźmy do recenzji. Dla osób, które nie wiedzą, tytuł filmu nawiązuje do zabójstwa Juliusza Cezara, którego zamordowali 15 marca 44 r. p.n.e. dawni zwolennicy z Kasjuszem Longinusem i Markiem Brutusem na czele.

Gubernator Ohio – demokrata Mike Morris (George Clooney) walczy o nominację swojej partii w prawyborach prezydenckich w swoim stanie. Szefem sztabu wyborczego jest Paul (Philip Seymour Hoffman), a za PR odpowiada fachowiec – Stephen (Ryan Gosling). Morris ma znaczącego rywala – senatora Pullmana (Michael Mantell), którego kampanię tworzy Tom Duffy (Paul Giamatti).

Nikt nie zna ostatecznego wyniku, ale walka trwa. Duffy chce wygrać, podobnie jak Stephen i Paul. Jest rzucanie oskarżeń, wścibska dziennikarka – Ida Horowicz (Marisa Tomei), ale też młodziutka stażystka u Morrisa – Molly Stearns (Evan Rachel Wood).

Walka, wspomniana powyżej, odbywa się nie tylko na linii Morris-Pullman, ale w samym sztabie gubernatora. Paul chętnie pozbyłby się Stephena, a powód pojawi się w filmie. Widzimy brudy polityki – nieczyste zagrania, szantaże, a nawet tragedię. Jesteśmy świadkami kupczenia – senator Thompson (Jeffrey Wright) za poparcie jednego z kandydatów chce stanowiska sekretarza stanu, bądź wiceprezydenta. A poza tym, ukrywania wielu rzeczy, za wszelką cenę, co prowadzi do tragedii, którą jak to w polityce, można przekuć na swoją korzyść. A Stephen, odkrywając prawdę o Morrisie, ma pewne wątpliwości co zrobić …

George Clooney, co trzeba mu oddać, działa sprawnie jako reżyser i scenarzysta. Po „Good Night and Good Luck” (2005), wraca jako twórca z kolejnym mocnym obrazem. Thriller polityczny o kampanii wyborczej, obnaża nieznany świat polityki, rozumianej jako „politics”, czyli „walki o dojście do władzy”. Można tu wyczuć myśl Niccolo Machiavelli o „celu uświęcającym środki”. Morris chce wygrać, za wszelką cenę. Gra przed społeczeństwem świętoszka, ale ma romans na boku, co prowadzi do tragedii. Nawet wtedy potrafi przekuć to we własny sukces. A tarcia między członkami jego sztabu, także wpływają na jego sukces – każdy chce być tym, dzięki któremu polityk wygrał. Nie ma tu miejsca na przyjaźń, a jedynie lojalność.

Idy marcowe The Ides of March (George Clooney, 2011)a
Dla mnie to wszystko jest oczywiste, bo z tej materii robię doktorat, ale dla zjadacza chleba za oceanem, to pewne nowum – jak polityk, który mówi „i tak mi dopomóż Bóg”, jest ateistą, a do tego romansuje i stosuje brudne chwyty. Widać także, że nie każdy może brać udział w tworzeniu kampanii. Tu trzeba mieć grubą skórę i czasem też dokonywać szantażu, żeby być na wierzchu. I tego Stephen się nauczył, choć miał wątpliwości moralne, czy po tragedii może dalej brać w tym udział.

Powyższa treść, byłaby niczym, bez doskonałych kreacji aktorskich. Ryan Gosling jako Stephen to postać pierwszoplanowa. Jego działania śledzimy przede wszystkim. Gosling („Pamiętnik”, „Drive”) choć nie miał wielkiego doświadczenia, tu pokazał, że George Clooney nie pomylił się umieszczając go w tej roli. Widzimy jego rozterki moralne, zaangażowanie w sprawę oraz przemianę i wytworzenie tej „grubej skóry”. Niestety, nominacji do Oscara (R) nie było.

George Clooney, jako Mike Morris, niczym rzymski bożek Janus ma dwie twarze. Oficjalną, czyli świętoszka i gubernatora, a nieoficjalną, wręcz prawdziwą, człowieka bezwzględnego, który nie trzyma się prostej linii. A szantażowany, boi się o swoją karierę, godząc się na warunki Stephena, a później na propozycje senatora Thompsona. Niestety, politycy tacy są, bo zależy im na zwycięstwie. Słowa Stephena: „Prezydentowi ludzie wybaczą wszystko. Rozpętane wojny (…), zadłużenie społeczeństwa, ale nie posuwanie stażystki” idealnie ilustrują postawę Morrisa. I tu Clooney pokazuje swoją klasę aktorską, która z upływem lat poprawia się coraz bardziej.

Philip Seymour Hoffman („Capote”, „Zapach kobiety”, „Radio na fali”) to również karierowicz, ale z sukcesami. Bez wahania pozbywa się przyjaciela – Stephena, za nielojalność, choć sam upublicznił ten fakt, idąc do Horowicz. Ma zasługi, ale też „grubą skórę”, podobnie do swojego adwersarza z obozu przeciwnika. Szczerze, to miałem wrażenie, iż nie pokazał do końca swojego talentu. Miał być Brutusem, ale nie wpasował się do takiej roli. Może to był zabieg reżysera, żeby skupić się na Goslingu, a reszta aktorów posłużyła za „tło”.

Paul Giamatti („Bezdroża”, „Iluzjonista”, „Truman Show”, „Szeregowiec Ryan”, „Człowiek z Księżyca”) określił swoją postać jako „bezdusznego cynika”. Idealnie opisał Toma Duffy’ego – szefa sztabu Pullmana, który dąży do zwycięstwa swojego szefa. Jest starszy i bardziej doświadczony od Paula, mając więcej sukcesów. To w wyniku jego działań, Stephen odszedł z konkurencji, ułatwiając zadanie. Widać tu klasę aktora doskonałego, którym jest Paul Giamatti.

Idy marcowe The Ides of March (George Clooney, 2011)

Jeffrey Wright („Syriana”, „Casino Royale”, „Broken Flowers”) w roli senatora Thompsona, obrazuje postawę wielu polityków, którzy mając wpływy, wyciągają z nich korzyści. Za poparcie jednego albo drugiego kandydata, chce dla siebie intratnych stanowisk. Tak to niestety jest, ale Thompson, jak każdy człowiek z głową na karku, jeśli do czegoś doszedł, chce więcej. A w polityce zachłanność widać jeszcze bardziej, bo każdy w przypadku USA dąży do stanowiska w Białym Domu, a po drodze musi przejść całą drabinę kariery. Bez takich ludzi, nikt nie wejdzie na szczyt, stąd tak ważne jest ich poparcie. Wright, choć aktor drugoplanowy, pokazuje swój talent aktorski, w przeciwieństwie do Hoffmana.

Z ról kobiecych, w zasadzie tylko dwie rzucają się w oczy. Po pierwsze, Rachel Evan Wood („Zapaśnik”, serial „Czysta krew”) jako Molly Stearns, córka szefa Krajowego Kongresu Demokratów, o którego wsparcie trzeba zabiegać. Jest miłą stażystką w sztabie Morrisa, romansuje ze Stephenem, a kiedy odkrywamy jej sekret, prowadzi to do tragedii. Ona pokazuje, że moja teza, iż nie każdy nadaje się do polityki, gdyż nie ma tej „grubej skóry”, a wręcz bardzo delikatną. Nie wytrzymuje w ciężkim momencie. Współczujemy jej, ale z drugiej strony sama chciała iść „tą drogą”.

Marisa Tomei („Mój kuzyn Vinny”), jako wścibska dziennikarka, która zbiera informacje, zwłaszcza sensacyjne, nie wypada niestety rewelacyjnie. Jedynie dobra robota, bo zabrakło mi tutaj czegoś. W „Harry Potter i Czara ognia”, Miranda Richardson jako Rita Skeeter wypadła lepiej.

Zdjęcia Phedon Papamichaela („Bezdroża”, „Spadkobiercy”, „Spacer po linie”) współgrają z treścią i aktorstwem. Ujęcia twarzy, mają ogromne znaczenie w kampanii wyborczej, a zwłaszcza oczy (vide podstawy marketingu politycznego). Patrząc w czyjeś oczy, od razu widać jego/jej intencje. Dlatego oglądając debaty wyborcze, kamera koncentruje się na twarzy kandydata. Potem, przechodzi na inne części ciała – ważna rola zachowań niewerbalnych. Strój również ma swoje znaczenie – garnitur, koszula, pasek, zegarek itd. Tu Papamichael również stara się pokazywać postaci w ten sposób, w dużej mierze skupiając się na twarzach. I od tej strony, również muszę ten film pochwalić.

Muzyka Alexandre’a Desplata („Jak zostać królem”, „Rzeź”, „Autor widmo”, dwie ostatnie części sagi „Harry Potter”) stanowi doskonałą ilustrację dla całego filmu. Buduje napięcie, podkreśla powagę pracy PR-owców oraz polityki, rozumianej jako walka o władzę w państwie. Ale też, powoduje uśmiech na twarzy, w pewnych momentach. Nuta zmienia się, zależnie od sytuacji. Kunszt Desplata można usłyszeć w samym motywie głównym, zarówno bojowym, jak i przyjaznym dla ucha.

Podsumowując, George Clooney („Syriana”, „Good Night and Good Luck”, „Gniew oceanu”) pokazał swój talent aktorski, a przede wszystkim reżyserski. Będąc jednym ze scenarzystów, stworzył doskonały thriller polityczny, pokazujący politykę od kuchni, ze wszystkimi jej brudami i bezwzględnością. Niczym Machiavelli, pokazał, że „cel uświęca środki”. A żeby coś osiągnąć, poza „grubą skórą” i talentem, trzeba też mieć wsparcie. W USA tego nie wiedzą, a w Polsce to podstawa. Do ciekawej historii, dodajmy niemalże perfekcyjne aktorstwo i równie świetną formę. Wychodzi film wart uwagi, na który można poświęcić te 97 min. Ale też pojawia się pytanie – czemu tylko nominacja do Oscara (R) za scenariusz? Czyżby akademicy byli jak Mike Morris – świętoszkowaci ludzie, którzy wolą ukrywać to co złe?

(Visited 11 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>